Proces

Ameer Alkhawlany, obywatel Iraku pochodzenia kurdyjskiego, doktorant na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego, został zatrzymany 3 października w Krakowie i umieszczony w areszcie strzeżonego ośrodka dla cudzoziemców w Przemyślu. Dlaczego? Nie wiadomo. Powierzono mu rolę Józefa K. z kafkowskiego „Procesu”.

Podstawą decyzji o zatrzymaniu była opinia szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, w której Ameera Alkhawlany’ego uznano za zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski, i której motywy są tajne – nie pozna ich ani zatrzymany ani jego obrońca. „Na podstawie zgromadzonego przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego materiału dowodowego, który został opatrzony klauzulą tajności wynika, iż zachowanie strony stanowi zagrożenie dla Rzeczypospolitej Polskiej” – napisano.

Czyli – zauważa mec. Marek Śliż, obrońca Irakijczyka – wszystko opiera się na opinii szefa ABW, której nikt nie zna. W efekcie cudzoziemiec nie może przedstawić argumentów przeciwko powodom, dla których został uznany za zagrażającego bezpieczeństwu. – Rozumiem, że każde państwo ma i musi mieć służby specjalne, ale nie mogą one utrudniać prawidłowej obrony aresztowanego cudzoziemca. Z tym absolutnie nie mogę się zgodzić. Dotychczas, podczas wykonywania zawodu adwokata przez 35 lat, nie zdarzyło się, aby w jakiejkolwiek sprawie toczącej się przed sądem odmówiono mi dostępu do materiałów tajnych – oburza się.

Można powiedzieć, że w tym przypadku rolę zarówno prokuratora, jak i sędziego wzięła na siebie ABW, a zadaniem sądu było mechaniczne zastosowanie się do jej decyzji. Jedyne, co sędzia mógł zrobić, to zbadać, czy zatrzymanego należy umieścić w strzeżonym ośrodku dla cudzoziemców, czy w areszcie na terenie tegoż – na wypadek, gdyby istniała groźba, że nie podporządkuje się zasadom pobytu.
– Tymczasem Sąd Rejonowy dla Krakowa Krowodrzy zastosował areszt, ale nie zbadał tej przesłanki – zauważa Marek Śliż. – Sąd wyszedł z założenia, że skoro wydano decyzję administracyjną o zobowiązaniu do powrotu, to zapewne Ameer Alkhawlany nie podporządkuje się zasadom obowiązującym w strzeżonym ośrodku. Sąd Okręgowy, do którego złożyłem zażalenie, w pisemnym uzasadnieniu nazwał takie postępowanie sądu pierwszej instancji „intuicyjnym” – dodaje ze zdumieniem.
Sąd Okręgowy, w odróżnieniu od rejonowego, otrzymał materiały objęte klauzulą tajności, ale odtajniono jedynie uzasadnienie wniosku szefa ABW do wydanej decyzji. Nie odtajniono materiałów źródłowych, a więc tego, co konkretnie zarzuca się Alkhawlany’emu. W uzasadnieniu postanowienia napisano: „Sąd Okręgowy doszedł do przekonania, że pomimo wydania przez Sąd Rejonowy postanowienia o zastosowaniu aresztu dla cudzoziemców nieco intuicyjnie, decyzja ta była prawidłowa”. Sąd Okręgowy potwierdził, że również nie jest uprawniony do kontroli zasadności wydanej przez komendanta Karpackiego Oddziału Straży Granicznej decyzji o zobowiązaniu Ameera Alkhawlany’ego do powrotu. „Przedmiotem orzekania Sądu, była jedynie zasadność zastosowania wobec niego aresztu dla cudzoziemców” – napisano.

Przepisy polskiego prawa krajowego nie zawierają rozwiązań zapewniających cudzoziemcowi skutecznej obrony, gdy decyzja o zobowiązaniu do powrotu ma zostać wydana w oparciu niejawne okoliczności. Taka sytuacja rodzi wątpliwości co do zgodności z Konstytucją RP, Kartą Praw Podstawowych UE oraz Europejską Konwencją Praw Człowieka” – uważa Jacek Białas, prawnik Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Konieczność zapewnienia bezpieczeństwa państwa jest niekwestionowana, jednak, zdaniem HFPC, powinny istnieć rozwiązania, które, przy zachowaniu interesu publicznego, dawałyby cudzoziemcowi pewną możliwość przedstawienia argumentów przeciwko uznaniu go za zagrożenie dla bezpieczeństwa i wydaleniu z Polski.
– Ustawa o Cudzoziemcach z 2013 roku to specyficzne uregulowanie prawne i, biorąc pod uwagę praktykę, wymaga istotnych zmian – potwierdza mec. Marek Śliż.
Rzecznik Praw Obywatelskich wystąpił do Straży Granicznej z pytaniem o stan sprawy i przyczyny zatrzymania Ameera Alkhawlany’ego. Prośbę o wyjaśnienia wystosował również rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego. Helsińska Fundacja Praw Człowieka zgłosiła wniosek o dopuszczenie do udziału w postępowaniu w tej sprawie, natomiast Fundacja Panoptykon, zajmująca się ochroną wolności i praw człowieka w społeczeństwie nadzorowanym, zwróciła się o wyjaśnienia do posłów z sejmowej Komisji służb specjalnych. – Tylko oni mogą oni zażądać wyjaśnień od szefa ABW – informuje Wojciech Klicki, prawnik Fundacji Panoptykon.
W tej sprawie kluczowe jest pozbawienie zatrzymanego prawa do obrony, tylko dlatego, że nie ma polskiego obywatelstwa. Panoptykon domaga się więc również, by zmieniono przepisy, żeby w sposób systemowy zagwarantować cudzoziemcom prawo do obrony w podobnych sytuacjach. – Takim rozwiązaniem mogłoby być np. stworzenie instytucji specjalnego pełnomocnika, który miałby wgląd w materiały niejawne, dzięki czemu mógłby występować w obronie zatrzymanego, podobnie jak ma to miejsce np. w Wielkiej Brytanii i Kanadzie – mówi Wojciech Klicki.

Sam aresztowany uważa, że decyzja o wydaleniu z kraju to kara za odmowę współpracy ze służbami. Utrzymuje, że Agencja próbowała go zwerbować do współpracy przy infiltracji osób pochodzących z Bliskiego Wschodu.
– Jak to możliwe, że, jeśli stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa, do tej pory nie przeszukano jego mieszkania, nie przesłuchano brata, który jest doktorantem krakowskiej AGH (Ameerowi zapowiedziano zresztą, że jest on następny w kolejce do deportacji). Dlaczego nie postawiono zarzutu karnego? – pyta Marek Śliż. – Za to dwa dni po osadzeniu, do Przemyśla przyjechali panowie z ABW mówiąc wprost, że to kara za odmowę współpracy, i że za dwa tygodnie Ameer będzie w Iraku.
– Podstawą prowadzenia tajnych operacji i wydawania niejawnych opinii przez służby musi być zaufanie do tego, że działają zgodnie z prawem. Sprawa Ameera Alkhawlany’ego to zaufanie podważa. Jeśli powody jego wydalenia nie zostaną wyjaśnione, pozostanie nam przyjąć, że w Polsce odmowa współpracy ze służbami jest karana deportacją – uważa Katarzyna Szymielewicz, prezeska Fundacji Panoptykon.
„Rozumiemy potrzebę czujności służb państwowych, które starają się reagować nawet na ślady podejrzeń. Jednak deportowanie zagranicznych studentów bez wyjaśnienia konkretnych przyczyn ani im, ani środowisku naukowemu, w którym pracują, uniemożliwi realizację jednego ze strategicznych celów Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego – umiędzynarodowienia polskich uczelni.” – napisali pracownicy naukowi UJ w liście otwartym do ministra nauki i szkolnictwa wyższego

Ameer Alkhawlany przebywa w areszcie ośrodka dla cudzoziemców, został obciążony kosztami wyżywienia i zakwaterowania, w razie deportacji miałby zapłacić też za bilet do Iraku. Jednak Wysoki Komisarz ONZ do Spraw Uchodźców (UNHCR) wezwał do niewydalania cudzoziemców do Iraku dopóki sytuacja w tym kraju się nie poprawi. Dlatego krakowski doktorant złożył wniosek o azyl.
Marek Śliż: – To jest tragiczne. Podchodzę do tej sprawy w sposób bardzo osobisty – ten kraj mnie wykształcił, ale teraz się wstydzę. Robi się krzywdę człowiekowi, który wcześniej dostał stypendium od polskiego rządu. Nie miałem do czynienia ze służbami specjalnymi, ale jeżeli one tak działają, to boję się o bezpieczeństwo rodaków.


Ameer Alkhawlany: Powiedzieli, że sam jestem sobie winien

Jak pan trafił do Polski?

Szukałem studiów dotyczących ochrony środowiska – w Iraku pracowałem w stacji monitorowania zanieczyszczeń i zdecydowałem, żeby uczyć się w tym kierunku. Doradzono mi studia w Polsce, a na Uniwersytecie Jagiellońskim znalazłem program, który mnie zainteresował. Rozmowa kwalifikacyjna odbyła się przez skype’a i zostałem przyjęty. Zacząłem studia na początku października 2014 roku, skończyłem w czerwcu.

I zaczął pan studia doktoranckie?

Tak, w lipcu zostałem przyjęty, dostałem stypendium od Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, w ramach konkursu dla studentów zagranicznych. Co miesiąc dostawałem pieniądze, oprócz tego pokrywano czesne.

Planował pan później zostać w Polsce?

Dostałem stypendium na cztery lata, nie myślałem o tym co będzie dalej, skupiałem się na studiowaniu.

Jak doszło do kontaktu z ABW?

Ktoś do mnie zadzwonił przed Światowymi Dniami Młodzieży, zaprosili mnie na rozmowę. Zapisałem adres instytucji i poszedłem. Zadawali mnóstwo pytań – o mnie, o moją rodzinę, o moich braci – odpowiedziałem na wszystkie. Powiedzieli: świetnie, teraz chcemy, żebyś poszedł do krakowskiego meczetu. Ja na to, że nie jestem religijny i nie chodzę to meczetu. A oni: ale chcemy, żebyś zaczął chodzić i zebrał trochę informacji, o tym, co ludzie tam mówią. Odmówiłem. Powiedziałem, że mogę opowiedzieć tylko o sobie. Zażądali więc haseł do poczty, facebooka i PIN-u do telefonu. Przekazałem to wszystko, bo nie mam nic do ukrycia – nigdy nie miałem problemów z prawem – ani w Iraku, ani w Polsce, ani w żadnym innym kraju.

Na tym się skończyło?

Powiedzieli, że jeszcze się spotkamy. Wezwali mnie jeszcze raz, żeby powiedzieć, że są rozczarowani, bo nie chcę współpracować. Powtórzyłem, że mogę mówić jedynie o sobie, a wypytywanie ludzi o ich sprawy to nie moje zadanie. Znów byli rozczarowani. Jesienią dzwonili do mnie jeszcze kilka razy: z informacją, że wszystko w porządku, że nie będzie problemu z przedłużeniem prawa mojego pobytu w Polsce i z propozycją kolejnego spotkania. A w październiku mnie zatrzymali.

Powiedziano panu dlaczego?

Najpierw mówili, że dowiem się tego podczas przesłuchania. Podczas przesłuchania powiedziano, że zostanę deportowany do Iraku, o powodach dowiem się w sądzie. A sędzia powiedział, że to tajna informacja. Potem trafiłem tu, do Przemyśla. Jak mogę nie wiedzieć, za co spotyka mnie taka kara?

W Przemyślu też odwiedziło pana ABW?

Drugiego dnia wezwano mnie na przesłuchanie, byli tam ci sami ludzie, z którymi spotykałem się wcześniej. Zapytali, jak się miewam. Odpowiedziałem, że oszaleję, bo nie rozumiem, dlaczego tu jestem. No to mi powiedzieli: my to zrobiliśmy, ale sam jesteś sobie winien. Jesteś tu, bo nie chciałeś współpracować. Nie zasługujesz, żeby być w Polsce, za dwa tygodnie zostaniesz deportowany. I znów zadawali mnóstwo pytań, ale nie miałem już siły odpowiadać.

Grozili pańskiemu bratu?

Powiedzieli, że jak skończą ze mną, deportują też obu moich braci – tego, który studiuje w Krakowie i tego, który studiuje w Niemczech. Kiedy pytałem, jakim prawem, powtórzyli: mogłeś łatwo zebrać informacje, a zamiast tego powtarzałeś, że nic nie wiesz.

Złożył pan wniosek o azyl.

Krótko po zatrzymaniu wnioskowałem o ochronę międzynarodową, bo w Iraku jest niebezpiecznie, nie mogę tam wrócić.

Jak wygląda teraz pański dzień?

Przez cały czas siedzę w celi, mogę wyjść na papierosa, mogę korzystać z internetu przez piętnaście minut dziennie oprócz świąt, można do mnie zadzwonić… To chyba wszystko.


Podobne przypadki

W 2010 roku Urząd do spraw Cudzoziemców nie zezwolił na dalszy pobyt w kraju obywatela Maroka, Chakiba Marakchiego, i wpisał go do rejestru osób niepożądanych. Marakchi mieszkał w Polsce od ośmiu lat, był absolwentem Politechniki Krakowskiej. Utrzymywał, że od 2007 roku ABW próbowała go zwerbować, a wydalenie było skutkiem jego odmowy. Sprawa trafiła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, nie znalazła jeszcze finału.
W 2013 roku, decyzją wojewody małopolskiego, wydalono obywatela Azerbejdżanu, Azara Orujowa. Przebywał w Polsce legalnie, w chwili zatrzymania mieszkał w Krakowie od pięciu lat, pracował jako tłumacz, miał tu rodzinę. On także został wezwany przez ABW. Podejrzewał później, że jego propozycja współpracy z Agencją w charakterze tłumacza (złożona podczas spotkania), została uznana za próbę infiltracji.
Oficjalne powody wydania obu tych decyzji pozostały tajne.

foto: skepticalview