Papierowa integracja

W chwili wypadku motocyklowego miałem 17 lat, grałem wyczynowo w piłkę nożną. W tamtym momencie sport dla mnie się skończył. Nie wiedziałem, że są igrzyska paraolimpijskie, myślałem podobnie jak dziś pan Korwin-Mikke: że sport niepełnosprawnych to nie jest sport – mówi Łukasz Szeliga, prezes Polskiego Związku Sportu Niepełnosprawnych „Start”, były paraolimpijczyk w narciarstwie alpejskim.

 Sport niepełnosprawnych nie jest w Polsce doceniany?

Łukasz Szeliga: Jest nie tylko niedoceniony, ale również nieuregulowany prawnie. Istnieje wprawdzie ustawa o sporcie i powszechna intencja integracji, ale ustawa jest oderwana od rzeczywistości, a integracja – jedynie pozorna. Obserwuję zainteresowanie sportem paraolimpijskim tylko wtedy, gdy wracamy do kraju z sukcesami. Po powrocie z Londynu media dostrzegły istnienie naszych sportowców, ale gdy z Soczi wróciliśmy bez medali, nikt nas nie witał. A przecież nie chodzi jedynie o pokazywanie superbohaterów, którzy stają na podium. Istotne jest pokazanie paraolimpijczyków jako zwykłych sportowców.


Jednak u was także postępuje profesjonalizacja.

To jest już wyczynowy sport, bardzo wiele się zmieniło od czasu pierwszych igrzysk paraolimpijskich. Dziś trzeba przygotowywać się minimum osiem-dziesięć lat. Dawniej po medale sięgała znaczna część uczestników, taka była idea – przyciągnąć, zachęcić. Teraz udział nie wystarczy, liczy się wynik.

Polakom to nie pomaga. Z worka medali przywożonych z igrzysk zrobiła się garstka.

Igrzyska w Soczi pokazały, że w sportach zimowych nie da się nic zrobić bez treningu na śniegu. Czołowi paraolimpijczycy trenują w ten sposób minimum 200 dni w sezonie, a do tego dochodzi jeszcze kilkadziesiąt dni startowych. Dla przykładu: jeden alpejczyk ze Słowacji miał na przygotowania połowę budżetu wszystkich naszych alpejczyków w sezonie paraolimpijskim. Nie wspominam nawet o zawodnikach z innych państw. Budżet, jakim dysponują nasi reprezentanci, to dla Polski wstyd.

Dlaczego nie ma pieniędzy?

Nie wiem dlaczego z blisko miliardowego budżetu Ministerstwa Sportu i Turystyki na cały sport wyczynowy niepełnosprawnych w PZSN „Start” przeznacza się jedynie ok. 5 mln zł. Nie wiem też dlaczego Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, który dysponuje rocznie kwotą ok. 4,5 mld złotych, nie może wspierać sportu wyczynowego. Absurdem jest ustawa, która nie uznaje sportu za formę rehabilitacji społecznej. A czego przykładem są paraolimpijczycy? Ciężko pracują na sportowy sukces, podróżują, zakładają rodziny, pracują zawodowo, prowadzą interesy…

„Start” skupia całość sportu niepełnosprawnych w kraju?

Jest największą tego typu organizacją – zrzesza 50 klubów w 15 dyscyplinach. To kilka tysięcy zawodników, z czego w kadrach narodowych mamy ok. trzystu osób. Nasi zawodnicy zdobyli zdecydowaną większość polskich medali paraolimpijskich. Jednak wciąż aplikujemy w MSiT o rejestrację w gronie związków sportowych, wtedy byłoby łatwiej zdobywać pieniądze.

Ile potrzeba?

Znacznie więcej niż te 5 mln, które otrzymujemy. Szkolenie, zgrupowania, starty, sprzęt, logistyka, badania, opieka medyczna etc. to co najmniej 15 mln złotych, co stanowi ok. 1,2 proc. całego budżetu MSiT.

Jak w takim razie wyglądają przygotowania do igrzysk w 2016 roku?

Nie najlepiej. Robimy dobrą minę do złej gry, na razie przygotowujemy się w miarę możliwości. Pieniądze z MSiT pozwolą na realizację około 30 – 40 procent z tych planów. Mam nadzieję, że przebijemy się do świadomości społecznej, że staniemy się partnerem dla biznesu. Nie musiałbym wtedy kombinować i przekonywać trenerów, żeby rozpisywali zawodnikom treningi w domach zamiast jeździć na zgrupowania. Dla sportowców to poniżające, że musimy walczyć o każdą złotówkę. Sport paraolimpijski przestałby istnieć gdyby nie kluby, które przygotowują zawodników, trenerzy i sami sportowcy. Jestem im niezmiernie wdzięczny.

Mimo to Polacy odnoszą sukcesy?

Tak. Liczymy się w lekkiej atletyce, kolarstwie ręcznym, szermierce na wózkach, podnoszeniu ciężarów. Do niedawna było jeszcze pływanie, ale tam straciliśmy miejsca w czołówce. A bez rozwiązań systemowych stanie się to w pozostałych dyscyplinach.

W Rio de Janeiro będzie chociaż tyle polskich medali, ile w Londynie?

Wolę porównywać miejsca w klasyfikacji medalowej. Maleją szanse na powtórzenie sukcesu z Londynu, gdzie zajęliśmy 9 pozycję.

Co na to Polski Komitet Paraolimpijski?

Dobre pytanie. PKPar powinien funkcjonować zupełnie inaczej niż w tej chwili, bo jest stworzony po to, by występować w imieniu paraolimpijczyków. Tymczasem lista sponsorów jest pusta. W Australijskim Komitecie Paraolimpijskim pracuje pięćdziesiąt osób, w polskim – cztery.

Ale jest pan przecież wiceprezesem PKPar?

Jestem jednym z trzech wiceprezesów, i jestem nim niejako z urzędu, jako prezes największej organizacji zrzeszającej sportowców z niepełnosprawnościami w Polsce. O skuteczność komitetu dobrze byłoby zapytać prezesa Longina Komołowskiego. Na razie „Start” wnioskuje o zwołanie nadzwyczajnego krajowego zjazdu PKPar, aby odwołać pana prezesa.

Igrzyska paraolimpijskie to chyba najlepsza okazja, żeby o was mówić?

Tak, dlatego brak relacji z igrzysk paraolimpijskich w Londynie był przykładem braku zrozumienia misji, jaką powinny pełnić media publiczne. Tą misją powinno być pokazanie, że niepełnosprawność to nie koniec świata, a jedynie inny sposób komunikowania się, czy przemieszczania. Dlaczego podczas igrzysk olimpijskich nie można zapowiadać igrzysk paraolimpijskich, a w reklamówkach pokazać sportowców pełnosprawnych i niepełnosprawnych? To lepsze niż te rzewne programy telewizyjne: smutny niepełnosprawny i łezka w oku prowadzącej.

Może ludzie nie chcą tego oglądać?

Z badań firmy motoryzacyjnej, która ufundowała naszym zawodnikom dwa samochody, wynika, że 75 procent oglądających programy sportowe chce śledzić relacje z igrzysk paraolimpijskich. Pamiętajmy też, że w Polsce żyje 4,5 mln osób z orzeczoną niepełnosprawnością.

W jaki sposób mogą się dowiedzieć o możliwości uprawiania sportu?

Kluczem są animatorzy – pasjonaci, często niepełnosprawni sportowcy. Dzielą się doświadczeniem, chodzą do przedszkoli, szkół. Sam to robiłem, bo kiedyś też przeszedłem podobną drogę: w chwili wypadku motocyklowego miałem 17 lat, grałem wyczynowo w piłkę nożną. W tamtym momencie sport dla mnie się skończył. Nie wiedziałem, że są igrzyska paraolimpijskie, myślałem podobnie jak dziś pan Korwin-Mikke – że sport niepełnosprawnych to nie jest sport. Wszystko zmieniło się, kiedy dałem się przekonać i poszedłem na pierwszy trening narciarski. Zrozumiałem, że sport jest jeden.

Jak przekonać nieprzekonanych?

Polski paraolimpijczyk Rafał Wilk przejeżdża na rowerze ręcznym 15 tysięcy kilometrów rocznie, a to niemało. Były mistrz świata juniorów w narciarstwie alpejskim pełnosprawnych, Matthias Lanzinger, który wrócił do narciarstwa po wypadku i amputacji nogi, staje na podium w zawodach niepełnosprawnych, ale nie jest niepokonany. To dobry dowód na profesjonalizację sportu paraolimpijskiego.

Czy profesjonalizacja pociąga za sobą niedozwolony doping?

Dziś zdarza się to rzadko, ale możemy się spodziewać większej liczby przypadków. W Polsce to zupełny margines, zazwyczaj efekt złego doboru leków przez specjalistów. Podlegamy WADA na tych samych zasadach, co pełnosprawni sportowcy – kontrolerzy mogą zapukać w każdym momencie. Podczas igrzysk paraolimpijskich badana jest ponad połowa uczestników, w tym wszyscy medaliści.

A wojna technologiczna?

To się dzieje na wielką skalę. Sprzęt jest bardzo drogi, produkowany na indywidualne zamówienie. Przykład: „bolidy” do monoskiingu dla włoskich paraolimpijczyków konstruuje ferrari. Cena roweru ręcznego sięga 30 tysięcy złotych, dobrej protezy kolana – 160 tysięcy. Nie mamy takiego wsparcia, kupujemy więc gotowy sprzęt, bo etap budowy w garażu już się skończył.

Integracja obu dziedzin sportu to już fakt, czy zaklinanie rzeczywistości?

To jest proces, nie pusty zapis w statutach związków sportowych. Wiadomo, że pingpongistka Natalia Partyka musi trenować z pełnosprawnymi, podobnie jak wielu sportowców z drobną niepełnosprawnością. Ale sprawy integracji nie rozwiąże przejęcie kadry przez Polski Związek Tenisa Stołowego, jak miało to miejsce, i pozostawieniu w „Starcie” całej reszty. Wzięli wierzchołek piramidy, to absurd. A upowszechnianie? Budowy domu nie zaczyna się od dachu. Integracja polega na tym, że w klubach dla pełnosprawnych trenują także niepełnosprawni, że pracują tam trenerzy, którzy znają specyfikę tego sportu. Bo nawet najwyższej klasy szkoleniowiec ze sportu pełnosprawnych musi nauczyć się pracy z niepełnosprawnymi. Inaczej pracuje się z niewidomymi, inaczej z siedzącymi na wózku. To wszystko się jeszcze nie zaczęło.


foto: archiwum prywatne

 

akceptacja cookies więcej

Pliki cookies na tej stronie nie są wykorzystywane celu gromadzenia danych osobowych, umożliwiają jedynie prawidłowe działanie serwisu. Zmiana ustawień cookies jest możliwa w Państwa przeglądarce.

zamknij

autor