Mzungu w maluchu

Arkady Paweł Fiedler nie miał wyjścia – z takim nazwiskiem musiał podróżować. Przejechał już małym fiatem Afrykę i Azję. Przed nim obie Ameryki i… jeszcze raz Afryka, ale inaczej.

Czy żyłka podróżnicza to efekt natury – genów, czy kultury – wychowania?

Po trochu jednego i drugiego. Odziedziczyłem nazwisko (podróżował nie tylko dziadek, ale też ojciec), a z drugiej strony, dom miał na mnie ogromny wpływ. Wychowywałem się w muzeum, które stworzył dziadek – pamiątki, zdjęcia i opowieści towarzyszyły mi od dzieciństwa, przez to świat wydawał się bliski.

Kiedy pan się zdecydował na takie życie?

Lubię chodzić swoimi ścieżkami, więc podążyłem nieco inną drogą niż dziadek i tata. Z początku robiłem, można powiedzieć, karierę korporacyjną, ale w końcu dotarło do mnie, że czegoś brakuje. Odkrywania świata, poznawania ludzi i życia w podróży.

Jaka to była kariera?

Studiowałem zarządzanie i marketing, po studiach wyjechałem do Wielkiej Brytanii uczyć się języka i zostałem. Pokonałem drogę od biletera do dyrektora dwóch kin. Trwało to dziesięć lat i za każdym razem, gdy nachodziła mnie myśl, że czas wracać, dostawałem awans albo podwyżkę. Miałem perspektywy, ale doszedłem do wniosku, że czas zmienić swoje życie. I zmieniłem je całkowicie.

Wtedy pojechał pan w pierwszą poważną podróż?

W pierwszą pojechałem, kiedy miałem 19 lat – objechałem Europę z plecakiem, zajęło mi to półtora miesiąca. Później, pracując w korporacji, robiłem krótsze wypady wakacyjne. A w 2009 roku, kiedy dojrzałem do poważnych podróży, przyjechałem do Polski na trzy tygodnie – wciąż byłem jedną nogą w Wielkiej Brytanii – aby objechać kraj wzdłuż granicy.

Małym fiatem.

Zawsze ciągnęło mnie do podróży samochodem, lubię się przemieszczać, codziennie być w innym miejscu. Wtedy było mi tęskno do Polski, więc skoro to miała być podróż sentymentalna, postanowiłem pojechać samochodem z dzieciństwa, takim, na którym zrobiłem prawo jazdy.

Pomysł się sprawdził?

Tak, odkryłem, że sprawia mi to ogromną frajdę i warto realizować się w ten sposób. A z drugiej strony – odkryłem malucha. Mimo problemów, które może stwarzać (bo jest mały, ciasny i wolny) ma wielką zaletę – zza jego okien świat dociera do kierowcy w sposób o wiele bardziej wyrazisty niż w nowoczesnym hermetycznym aucie. Do tego wzbudza zainteresowanie – gdziekolwiek się nie zatrzymałem, ktoś podchodził, wypytywał, opowiadał swoje przygody i w wyniku tego spotkania nawiązywała się znajomość.

Odkrył pan też Polskę?

Zdecydowanie, to była dla mnie pierwsza długa podróż po kraju od ośmiu lat – jawił mi się wtedy jako wielki plac budowy, obserwowałem niesamowity rozwój. Ale też odkryłem wschód, którego zupełnie nie znałem – Polskę, w której życie płynie innym rytmem. Okazało się, że w niewielkim kraju mamy tyle różnych światów. W tym roku planuję tam wrócić i zobaczyć, co zmieniło się po kolejnych ośmiu latach.

Później pojechał pan trochę dalej.

Zawsze chciałem przejechać samochodem Afrykę. Z początku marzenie wydawało się nierealne, ale w końcu doszedłem do wniosku, żeby zabrać tam małego fiata – zobaczyć, jak się sprawdzi i jak ludzie do niego podejdą.

I jak podchodzili?

To zawsze była sensacja, największe wydarzenie każdego miejsca. Czy to było miasto, wieś, stacja benzynowa, czy stragan z warzywami. Był oblegany, czasem ludzie się śmiali, pytali, czy to jest samochód… raz nawet ktoś zapytał, czy to jest sportowy samochód. W jednej z ugandyjskich wiosek malucha zobaczyły dzieci, które wyszły ze szkoły – akurat utknąłem w błocie. Pomagały mi wyjechać i dla nich to było największe wydarzenie w całym dotychczasowym życiu. Maluch i crazy mzungu, czyli zwariowany biały człowiek. Przez pryzmat tego samochodu ludzie patrzyli też na mnie – kim jestem, skąd jestem, dlaczego przyjechałem. Byłem kimś, kim warto się zainteresować. A miałem porównanie, bo wcześniej jeździłem po Afryce dużymi samochodami terenowymi – wtedy relacje były zupełnie inne, traktowano mnie jak kolejnego turystę, któremu można coś sprzedać.

Później przyszła podróż przez Azję. Było inaczej?

Afryka jest o wiele barwniejsza. Jechałem przez mniej zaludnioną Azję Środkową, gdzie są ogromne pustkowia – w Afryce nie było takiej monotonii. Ale do malucha ludzie mieli podobne podejście.

Co najbardziej pociąga w podróży? Droga? Ludzie? Przyroda?

Fascynuje mnie droga jako łącznik pomiędzy miejscami, ale też jako przygoda sama w sobie. W Mongolii przejechałem 2200 km drogami po stepie – to może się wydawać nudne, ale mnie sprawiało ogromną frajdę. Lubię jazdę – przemieszczasz się, dojeżdżasz dokądś, rozbijasz obóz, a następnego dnia ruszasz dalej. Ale chodzi mi także o poznawanie świata, odkrywanie dla siebie miejsc, nawet jeśli znam je z książek, pocztówek czy filmów. No i poznawanie ludzi żyjących zupełnie inaczej, o innej mentalności, cieszących się z innych rzeczy.

Jest pan samochodziarzem?

Nie jestem zapalonym mechanikiem.

Nie było strachu?

Owszem, maluch bywa awaryjny, ale nie jest trudny w naprawie. Po tych kilku podróżach jestem w stanie wyjąć silnik i coś tam nawet pogrzebać. Gdybym stanął gdzieś w Afryce czy Azji, każdy mechanik dałby sobie z nim radę. Zresztą, starałem się na niego chuchać, żeby przejechał i pokazał, że potrafi.

Dał radę?

Poza tarczą sprzęgła, która wykrzywiła się jeszcze w Polsce przed wjazdem na statek, musiałem wymienić pasek klinowy, dwie opony, dwa łożyska (w tym jedno profilaktycznie) i uszczelkę pod kapą zaworową. Trzeba było też skorygować zbieżność.

To wciąż to samo auto?

W Afryce i Azji był ten sam, planuję też zabrać go do obydwu Ameryk.

Kiedy?

Być może w 2019 roku.

Wcześniej planuje pan inną podróż.

Znowu przez Afrykę – z Kapsztadu na północ, ale tym razem po zachodniej stronie, samochodem elektrycznym.

Dlaczego?

Od kilku lat myślałem o podróży samochodem, który nie zostawia po sobie śladu w postaci spalin – chociaż, oczywiście, ten prąd skądś idzie. Jeszcze w Anglii obserwowałem początki motoryzacji elektrycznej – widywałem sąsiada ciągnącego przedłużacze, bo stacji do ładowania było wtedy znacznie mniej niż dziś. Pomyślałem, jakby to było w Afryce, gdzie będę musiał zaangażować mieszkańców, bo bez ich pomocy nie dam rady przejechać. Afrykanie mają bardzo mały wpływ na to, co dzieje się na świecie – np. na politykę energetyczną – fajnie byłoby ich zaangażować w podróż takim „czystym” samochodem.

Kiedy start?

Planuję wysłać samochód na początku stycznia, prawdopodobnie ruszę w pierwszej połowie lutego. Dołączy do mnie fotograf.

Jakie to będzie auto?

Jeszcze tego nie ujawniam.

Jak się organizuje taką wyprawę? Skąd pieniądze?

Udało się trochę odłożyć w poprzedniej pracy, to pozwoliło mi ruszyć. Staram się też o wsparcie, szukanie sponsorów to bardzo czasochłonny proces – setki listów, e-maili, znaczna część z nich pozostaje bez odpowiedzi. Trzeba mieć samozaparcie i nie dać się zdołować.

Jak w pracy.

Bo traktuję te podróże jak pracę. W Afryce i Azji robiliśmy serial telewizyjny – towarzyszyła mi trzyosobowa ekipa, która kosztuje. To najlepsza praca jaką miałem, ale wciąż wymaga organizacji.

Dziś podróżuje się łatwiej niż za czasów Arkadego Fiedlera, ale czy łatwiej być rozpoznawanym podróżnikiem?

Rzeczywiście, dawniej podróżnik był rzadszym zjawiskiem, pod tym względem konkurencja jest dziś znacznie silniejsza. Działa mnóstwo blogerów, którzy podróżują – sam czytam niektóre z tych blogów – do tego mnóstwo książek, filmów. Zaistnieć jako pisarz-podróżnik, czy filmowiec-podróżnik jest znacznie trudniej.


foto: podrodze.com