Łopowieści niysamowite

Historyjo Gornego Ślonska je nafolowano niysamowitymi łopowieściami. Sam zowżdy rodzili się wielcy a niyzwyczajni ludzie! Tacy, kierzy zodziwiali cołki świot. Kierzy ten świot zmieniali na lepsze. Tak rozpoczyna się opowieść Waldemara Cichonia „Zdarziło sie na Ślonsku”. Podtytuł: Łopowieści niysamowite niy ino dlo bajtli. Zawiera prawdziwe bajki z dziejów Śląska. Historie wielkich Ślązaków i dzieł ich życia, napisane w dwóch wersjach językowych – po śląsku i po polsku.


Autor używa godki ze swoich rodzinnych okolic – Żwakowa (dziś dzielnica Tychów) – i prosi o wyrozumiałość wszystkich, którzy skorzystaliby z innych słów, albo inaczej je zapisali. Bo przecież na Śląsku „co wieś to pieśń”.
– Pomysł dojrzewał całe życie. Jestem Ślązakiem z urodzenia, wychowania i myślenia oraz wielbicielem dziejów regionu – mówi Waldemar Cichoń. – Ale bezpośrednim impulsem do napisania książki stała się wizyta w chorzowskim Parku Kultury i Wypoczynku. Jeździ tam kolejka gondolowa, każdy wagonik nazwany imieniem słynnego Ślązaka. Przed nami (byłem z synami) stało starsze małżeństwo, mówiące ze śląskim akcentem.

W pewnym momencie kobieta zapytała: „Ty, a fto to był tyn Wilimowski?” Mężczyzna odpowiedział: „Dyć niy wiym. Pewnikiym jaki wojok, eli jaki inkszy”.

Opowieść o Erneście Wilimowskim – który grywał w reprezentacjach Śląska, Polski, a później Trzeciej Rzeszy – musiała znaleźć się w książce. To historia wybitnego piłkarza, który który żył w wybitnie złym miejscu i czasie.

Wizyta w panteonie rozpoczyna się jednak od średniowiecznej opowieści o Jadwidze Śląskiej, żonie księcia Henryka Brodatego, której przypisuje się zaangażowanie w działalność dobroczynną. Skromna i pokorna miała chodzić bez butów, aby nie odróżniać się od swojego ludu, co – w myśl legendy – gniewało jej męża. Ale Jadwiga okazała się sprytną dyplomatką i ostatecznie postawiła na swoim.
Kolejne rozdziały przenoszą czytelnika do czasów bliższych współczesności. Znalazła się wśród nich opowieść o ponad setce rodzin ze wsi położonych pomiędzy Gliwicami a Opolem, które w połowie XIX wieku wyemigrowały do Teksasu w poszukiwaniu ziemi obiecanej. Osada, którą założyli – Panna Maria – reklamuje się dziś jako najstarsze stałe polskie osiedle w USA. Potomkowie Ślązaków żyją tam do tej pory, pamiętają o starym kraju i jego języku. Niestety, ziemia obiecana okazała się licha, a amerykański sen ziścił się dopiero półtora wieku później, kiedy – jak wieść niesie – w okolicy odkryto złoża ropy naftowej.
Wiek XIX to także historia wrocławianina Karola Goduli, który dzięki zdolnościom i odrobinie szczęścia przeszedł drogę od syna leśniczego z Makoszów do magnata przemysłu górniczo-hutniczego. Dziś jego imię nosi jedna z dzielnic Rudy Śląskiej.
Gliwice mają Oskara Troplowitza – farmaceutę-innowatora, który wpadł na pomysł produkcji pasty do zębów (zamiast używanego wówczas proszku), samoprzylepnych opatrunków, wysuwanych szminek, wreszcie – kremu Nivea, którego recepturę opracował w 1911 roku wraz z dermatologiem Paulem Gersonem Unną i chemikiem Izaakiem Liftschutzem.

Waldemar Cichoń: Kiedy wcześniej szukałem książek o Śląsku, okazywało się, że wiele z nich jest skażonych paradygmatem „krupnioka”: Ślązacy to taki pracowity górniczy ludek, który dziwnie mówi. To bardzo krzywdzące, bo urodziło się tu wielu ludzi, którzy zmienili losy świata.

Z Opola pochodził Robert Hermann Garbe – konstruktor lokomotyw, w tym słynnej w kręgach fanów kolejnictwa P-8, skonstruowanej w 1906 roku i produkowanej przez kolejne dekady. Rozwijający prędkość 100 km/h parowóz był prosty w budowie i łatwy w obsłudze, dlatego używano go jeszcze długo po drugiej wojnie światowej.
O kolejach opowiada także historia Latającego Ślązaka (nieoficjalnie zwanego latającym pieronem). Składy produkowane we wrocławskiej fabryce Linke-Hoffman Werke w latach 1935-1936, rozwijały prędkość 160 km/h. Jeden z nich łączył Berlin z Bytomiem – pokonywał trasę w niespełna 4,5 godziny, przystając po drodze we Wrocławiu, Opolu, dzisiejszym Kędzierzynie-Koźlu i Gliwicach. Inne łączyły m.in. Berlin z Hamburgiem, Kolonią, Frankfurtem i Monachium. Niektóre jeździły jeszcze długo po 1945 roku w barwach kolei RFN, NRD i Czechosłowacji.

Do czasów wojennych przenosi historia Henryka Sławika z Szerokiej (dziś dzielnica Jastrzębia Zdroju) – uczestnika trzech powstań śląskich, radnego Katowic, posła na Sejm Śląski, delegata do Ligi Narodów. W latach 1939-44 był jednym z organizatorów pomocy dla polskich uchodźców, którzy znaleźli się na Węgrzech. Przy wydatnym współudziale Węgrów pomagał uciekinierom, wystawiał fałszywe dokumenty, ułatwiał żołnierzom przedostanie się do Francji, organizował polskie szkoły i sierocińce. Ukrywano w nich także dzieci żydowskie, stąd przyznany później tytuł Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata – ocenia się, że wśród 30 tysięcy osób, którym działania Sławika i spółki ocaliły życie, znalazło się 5 tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego. Sam nie przeżył wojny, zginął w obozie koncentracyjnym w Mauthausen.

Sławik to jeden z najbliższych mi bohaterów książki. Obok niego Godula – ucieleśnienie śląskich cnót i wad. No, i Jerzy Kukuczka, zdobywca Korony Ziemi – wylicza Waldemar Cichoń.

Ta historia – ostatnia z opowiedzianych w książce – także kończy się fatalnie. To opowieść o chłopaku z Beskidu Śląskiego, wychowującego się w katowickich Bogucicach, który wspiął się na 14 ośmiotysięczników, by na jednym – Lhotse – pozostać na zawsze. Był rok 1989. Spełniła się modlitwa ludzi gór: „Od śmierci w dolinach zachowaj nas, Panie”.

Jak mówi autor, wybór dziesiątki postaci do książki był niezwykle trudny, dlatego też nie zamierza poprzestać na jednym tomie.
– Całość została pomyślana jako tryptyk, pracuję nad drugą częścią – informuje. – Znajdzie się w niej m.in. opowieść o Henryku Krebsie, dolnośląskim poliglocie, który znał biegle blisko 70 języków. Bohaterem innej będzie Mehmed Emin Pasza (urodzony w Opolu jako Izaak Schnitzer), który po konwersji na islam pracował w służbie dyplomatycznej Imperium Osmańskiego, był też gubernatorem egipskiej prowincji Ekwatoria obejmującej część dzisiejszego Sudanu Południowego i północną Ugandę.
Zapowiada się również relacja z legendarnego meczu hokejowego Polska – ZSRR, rozegranego w Spodku w roku 1976 oraz wspomnienie o „maluchu” – produkcie stworzonym dla włoskiego Rossiego, a później produkowanym dla polskiego Kowalskiego, na licencji, przez Fabrykę Samochodów Małolitrażowych z oddziałami w Tychach i Bielsku-Białej. Będzie rozdział o historii pałacu w Świerklańcu, zwanego „małym Wersalem” oraz opowieść o malarzach-prymitywistach z Grupy Janowskiej.
– Śląsk to region pogranicza, dlatego staram się, żeby bohaterowie byli różnorodni. Są tu Niemcy, Polacy i Żydzi, arystokraci i biedacy, wynalazcy i sportowcy – podsumowuje Waldemar Cichoń.
Planowany termin wydania tomu drugiego: 1 maja.


foto: kopalnia Guido, Zabrze / archiwum Industriady