Futbol jako metafora

W tym roku minęła setna rocznica urodzin Ernesta Wilimowskiego – piłkarza wybitnego, który żył w wybitnie złym miejscu i czasie. Jeżeli zapisał się w pamięci piłkarskiego świata, stało się to 5 czerwca 1938 roku, kiedy reprezentacja Polski stanęła w Strasburgu naprzeciw Brazylii w meczu pierwszej rundy mistrzostw świata. Zdobył cztery bramki, mimo to Polska przegrała 5:6.

Urodził się w niemieckim Kattowitz, jako Ernst-Otto Prandella. Po śmierci ojca, Ernsta-Romana, na wschodnim froncie pierwszej wojny światowej, został adoptowany przez drugiego męża matki – urzędnika Romana Wilimowskiego. W roku 1922, po przyłączeniu południowo-wschodniej części Górnego Śląska do Polski, Ernst stał się Ernestem, obywatelem RP, chociaż przeważnie mówił po niemiecku i w dialekcie śląskim. W piłkę zaczął grać w klubie niemieckim – 1. FC Kattowitz, miał jedenaście lat. Jako osiemnastolatek został zauważony przez działaczy Ruchu Hajduki Wielkie (późniejszy Ruch Chorzów). W tym klubie zadebiutował w pierwszej lidze, z tym klubem czterokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski (1934, 1935, 1936, 1938).
Mówił o sobie „Górnoślązak” jednak – zarówno wtedy, jak i dziś – trudno być jedynie Górnoślązakiem. Owszem, w latach 1934-39 grywał w reprezentacji Śląska, dla której najczęstszym rywalem była reprezentacja Śląska Niemieckiego – ich spotkania nazywano „małymi meczami międzypaństwowymi” (kleine Länderspiele). W sześciu strzelił siedem bramek.
W tym samym czasie rozegrał też 22 spotkania w reprezentacji Polski. Podczas pierwszego, przeciwko Danii (1934 r.), był najmłodszym reprezentantem w krótkiej historii polskiej piłki. W ostatnim, 27 sierpnia 1939 roku, z wicemistrzami świata, Węgrami, zaliczył hat-trick – to były jego ostatnie gole w polskich barwach. Kilka miesięcy później podpisał volkslistę i wyjechał do Saksonii. Aby uniknąć wcielenia do Wehrmachtu został policjantem, kontynuował karierę sportową. W barwach III Rzeszy zadebiutował w 1941 roku (dwie bramki w meczu z Rumunią). W ośmiu spotkaniach (1941-42) strzelił 13 goli. W Polsce uznano go za zdrajcę i wymazano z historii. Po wojnie zamieszkał w Karlsruhe, pracował w urzędzie, grywał amatorsko, z pasją oddał się pracy trenerskiej w klubach niższych klas rozgrywkowych. Nigdy nie wrócił na Górny Śląsk. Zmarł 30 sierpnia 1997 roku.
Jeżeli zapisał się w pamięci piłkarskiego świata, stało się to 5 czerwca 1938 roku, kiedy reprezentacja Polski stanęła w Strasburgu naprzeciw Brazylii w meczu pierwszej rundy mistrzostw świata. Zdobył cztery bramki, mimo to Polska przegrała 5:6.

Właśnie ten mecz jest centralnym punktem książki Miljenko Jergovicia – pisarza urodzonego w bośniackim Sarajewie, mieszkającego obecnie w chorwackim Zagrzebiu, laureata Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus” z 2012 roku. Bohaterowie „Wilimowskiego”: krakowski profesor i jego śmiertelnie chory, ośmioletni syn, przemierzają tu szmat drogi, by, nie bez trudu, trafić do zagubionego górskiego hoteliku w Jugosławii. W tych okolicznościach słuchają radiowej transmisji meczu Polska – Brazylia na mundialu we Francji. Ale to nie jest opowieść o piłce – raczej o tym, że świat zaraz runie i tacy jak Wilimowski – ni to Polacy, ni Niemcy – będą się musieli opowiedzieć po jednej ze stron. Czasem z takiej sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Bo cóż można zrobić, kiedy, jak w pewnym momencie zauważa radiowy komentator „piłka znalazła się w strasznym miejscu i w strasznej chwili”.
Piłka nożna jest metaforą – zarówno dla autora, jak i dla książkowego ojca. Ten ostatni przestrzega jednak, że „o metaforach się nie mówi, nie analizuje się ich i nie wyjaśnia, inaczej życie byłoby męką, byłoby nieszczęściem i nie zdołałaby go upiększyć ani poprawić żadna metafora, ponieważ i ona, gdy tylko by się pojawiła, zostałaby zanalizowana, wyjaśniona i straciłaby sens”.

W 2011 roku Jergović rozesłał tekst powieści do swoich tłumaczy, z dopiskiem: „Wilimowskiego posyłam wam dlatego, że nie wiadomo, kiedy książka będzie mogła być wydana w języku oryginału. Chwilowo nie ma na to warunków, które byłyby dla mnie jako autora do przyjęcia”.
Okazuje się, że jemu także słowo „zdrajca” nie jest obce („w moim postępowaniu, pisaniu i w moich wystąpieniach publicznych było mnóstwo rzeczy, które Chorwatów rozwścieczały”), dlatego w pewnym momencie zdecydował, że nie będzie publikować swoich książek w Chorwacji. Podkreśla, że nie napisał „Wilimowskiego” po to, aby przyrównywać się do tytułowego bohatera, ale zauważa jednocześnie, że w Europie na każdym kroku spotyka się ludzi z wielokrotną tożsamością. Na Bałkanach, w Katalonii, na Górnym Śląsku.

Kiedy znów wybuchnie wojna, zmusi ich, by swoją podwójność albo potrójność zredukować do niepodzielnej jedności, wybierając z rozsądku przynależność do tych, wśród których będą mieli większe szanse przeżycia, Górnoślązacy staną się albo zbrodniarzami, albo męczennikami, a potem wraz z końcem wojny znikną, jakby ich nigdy nie było i jakby tacy ludzie, Niemcy i Polacy zarazem, nie mogli na tym świecie istnieć” – pisze.

„Wilimowski” może nie jest o piłce, jednak autor zna się na futbolu i interesuje się nim od dziecka. Kiedy w dzieciństwie dowiedział się, że pewien Polak strzelił Brazylii cztery gole w jednym meczu, uznał to za cud, który nie powinien się wydarzyć. Dziś dodaje, że prawdopodobnie tylko Polska mogła strzelić Brazylii pięć goli i przegrać. To jak metafora (znów) polskiej historii w XX wieku.
„Wszyscy inni będą rozgrywali jakieś zwyczajne, niezbyt ważne mecze, które nie decydują o honorze i godności, o sprawiedliwości, o historii, o dumie kontynentu. Wszyscy inni będą grali w piłkę nożną, a Polska musi walczyć o sprawiedliwość albo przeciwko sprawiedliwości. Inni będą uprawiać sport, a ona będzie się spowiadać z siebie i ze swoich zamiarów dobremu Bogu”.
Rekord czterech bramek strzelonych w jednym meczu podczas mistrzostw świata utrzymał się przez 56 lat – w 1994 roku pobił go w USA Rosjanin Oleg Salenko (6:1 z Kamerunem). Może i to spotkanie trafi kiedyś na karty literatury.

foto: Czesław Datka / IKC / NAC