Syreni zaśpiew

Wielkie miasto wytwarza własną gwarę, miejski żargon, którego słowa i zdania nabrzmiałe są mnóstwem treści, dostępnych wyłącznie ludziom w tym mieście żyjącym – pisał Leopold Tyrmand w „Złym” – powieści, której bohaterką jest powojenna Warszawa. Był rok 1955. Sześć dekad później miasto wciąż ma swój slang, ale trudniej zachować jego lokalny charakter – dziś słowa przemieszczają się w światłowodach lotem błyskawicy.

Bronisław Wieczorkiewicz, autor opracowania „Gwara warszawska dawniej i dziś”, podkreślał, że na przełomie XIX i XX wieku na język Warszawy składało się wiele odrębnych gwar – terytorialnych (gwara staromiejska, gwary Powiśla, Woli, Pragi) oraz środowiskowych (drobnomieszczańska, proletariacka, uliczna, przestępcza). „Lud warszawski oraz drobne mieszczaństwo uważało Warszawę za cały świat i często przez całe swoje życie dalej, jak do Wilanowa, Bielan, Mokotowa, Czerniakowa czy Woli nie wychodziło” – pisał, dodając, że to charakterystyczne dla mieszkańców wielkich miast zamknięcie miało wpływ na ukształtowanie się swoistego języka. Miasto było więc językową prowincją rozbitą dodatkowo na odrębne dzielnice.
„Jakoby na wzór Indian wszyscy trzymali się tylko swojej kasty. Urzędnik żył tylko w sferze jemu równej, także rzemieślnik trzymał się ściśle swojego warsztatu” – dostrzegał w 1886 roku Franciszek Walczakiewicz („Nad szarą Wisełką”) zauważając, że poszczególne kategorie mieszkańców „nie przekraczały granic, jakie pradziady ich sobie nakreślili”.
Już wtedy badacze zwracali uwagę na warszawską manierę zdrabniania słów. Według Walerego Przyborowskiego („Stara i młoda prasa. Przyczynek do historii ojczystej – kartki ze wspomnień dziennikarza”, wyd. 1897 r.) miało to, zdaniem mówiących, przydać ich słowom elegancji. I można pomyśleć, że przydaje do dziś, bo wciąż zamawia się śniadanka i obiadki, kawki i herbatki, ćwiarteczki i kieliszeczki. Drugą z cech charakterystycznych, na które zwraca uwagę Bronisław Wieczorkiewicz są podniosłe sformułowania. Warszawa przyjmuje nazwę „Syreniego Grodu”, nie sypia się, ale „tonie w objęciach Morfeusza”, nie ma aktorek tylko „córy Melpomeny”. Powszechne było także przeinaczanie wyrazów, trudnych bądź zapożyczonych (lefrektować, abcas, styryna, prewatny). Powstawały słowa z sufiksem -ak charakterystycznym dla dialektu mazowieckiego (cielak, łobuziak, schaboszczak i, oczywiście, warszawiak) oraz -arz, -ara i -arka (plotkara, flirciarka, spryciarz). Pojawiały się wpływy języka jidysz (kojfnąć, kiepełe, miglanc).

Mimo gwałtownych wydarzeń z początków XX wieku, język warszawiaków żył, rozwijał się i w dobrej formie przetrwał do czasów PRL.
Leopold Tyrmand: „Na ogół sądzi się mylnie, że najbardziej charakterystyczna dla Warszawy wymowa polega na zmiękczaniu głoski „sz” do „ś” Rzeczywiście – akcent warszawski zawiera w sobie i tę osobliwość; jednak głoską, po której warszawiak najnieomylniej rozpozna warszawiaka, jest litera „L”. Warszawskie „L” ma dźwięk owiniętego w flanelę metalu. Słowo „obywatel” zabrzmiało w ustach Dziarskiego [jeden z bohaterów „Złego”] tak, że nikt z ludzi, urodzonych pomiędzy Olszynką Grochowską a Cmentarzem Wolskim i Bielanami a Służewcem, nie mógłby mieć najmniejszych wątpliwości, że stoi przed nim rodak, krajan, ziomek i pobratymiec.
Gwarę przenosili na papier także Stanisław Grzesiuk, Marek Hłasko i Marek Nowakowski budując przy okazji wizerunek chłopaków ze złej dzielnicy. Stylizacje Stefana Wiecheckiego szły nieraz w przeciwnym kierunku – z felietonów w „Expressie Wieczornym” na ulice. Stołeczna gwara zawędrowała nawet do „Kwiatów polskich” Juliana Tuwima – na dowód fragment „Bzu”:

Szofer nim maił swą taksówkę
Frajerów wioząc na majówkę,
Na trawkie, pifko i muzykie;
Gnał na sto jeden, na rezykie;
A wiózł śmietankie towarzyskie:
Kuchtę Walercię, tę ze Śliskiej,
Burakoszczaka z Czerniakowskiej
I Józia Gwizdalskiego z Wolskiej.
Byli spocone i zziajane
I wszystka trzech w drebiezgi pjane,
I jak jechali bez Pułaskie,
Fordziak w latarnię wyrżnął z trzaskiem,
I przybiegł (tyż pod gazem krzynkie)
Flimon szarpany za podpinkie.
Szofer czarował go natralnie,
Że on zapychał leguralnie…

Tak było, gdy na majówki jeździło się do Konstancina, Milanówka albo Grodziska. Dziś świat stał się mniejszy, odległości krótsze, komunikacja łatwiejsza. Mieszają się słowa, frazy i języki. W XXI wieku można mówić raczej o slangu miejskim niż o poszczególnych gwarach.
– Rzeczywiście, łatwa komunikacja dużo zmienia. A nowa gwara miejska ma w tej chwili, moim zdaniem, nie tyle odróżniać wspólnoty poszczególnych miast od siebie, co odróżniać mieszczan od całej reszty – mówi Bartek Chaciński, autor „Słowników najmłodszej polszczyzny”. Tytuły kolejnych edycji: Wypasiony, Wyczesany i Totalny – zawierają w sobie sformułowania, których zgodnie używają najmłodsi ze wszystkich polskich miast. – Oczywiście – i to ważne! – każde miasto ma swój geograficzny słownik slangowy opisujący budynki, place i inne miejsca – podkreśla Chaciński. – Tu się nic nie zmienia. W Warszawie to na przykład Pekin (PKiN), Lemingrad (Miasteczko Wilanów) czy Patelnia (placyk przed stacją metra Centrum). Określenia lokalne, które nie każdy przyjezdny będzie znać. Tutaj stare nazwy się ciągle liczą, a dochodzą nowe.
Przed Lemingradem były Poniatoszczak, czy Skaryszak – nadal w użyciu, bo dawna gwara wciąż jest dla warszawiaków ważna. Wydany w 1966 roku „Słownik gwary warszawskiej XIX wieku” Wieczorkiewicza chodzi na internetowych aukcjach po 80-130 złotych. Wydawane są pozycje w rodzaju „Małej książki o gwarze warszawskiej” Marii Mroux Bulikowskiej, która w przystępnej, ilustrowanej formie przybliża dzieciom postacie warszawskich andrusów, handlarzy z Kercelaka, oraz meandry „szadzenia” (szerdelki, z faszonem) oraz zmiękczania głosek „kę” i „gę” (dlatego: „za chwilkie” zamiast „za chwilkę”).

Popularnością cieszą się warsztaty gwary prowadzone przez stowarzyszenie Gwara Warszawska (gwara-warszawska.waw.pl). – W ciągu kilku lat takich spotkań było ponad dwadzieścia. Staramy się dotrzeć do każdego uczestnika, więc grupy liczą maksymalnie 35 osób, ale chętnych zawsze jest dużo więcej – mówi Grzegorz Towalski ze stowarzyszenia. – Na początku zajęć opowiadamy o samej gwarze, o tym, w jaki sposób się kształtowała, wprowadzamy uczestników w klimat dawnej Warszawy i jej mieszkańców. Następnie przechodzimy do części stricte warsztatowej, gdzie bawimy się warszawskimi piosenkami i tekstami Stefana Wiecheckiego. Uczestnicy przygotowują krótkie scenki, rozwiązują konkursy, jednym słowem – bawią się w klimacie dawnej Warszawy i jej języka.
– Cieszy nas, że rośnie zainteresowanie zajęciami w szkołach czy przedszkolach – dodaje Martyna Goździuk, prezes Stowarzyszenia Gwara Warszawska. – Inicjatywa wychodzi od nauczycieli, a czasem od rodziców, którzy przyszli na nasze warsztaty, zobaczyli, że gwara jest czymś wartym uwagi i pytają o możliwość przyjścia do szkoły ich dzieci. W zeszłym roku, wspólne ze Stowarzyszeniem Parafiada, prowadziliśmy pilotażowy projekt warsztatów w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych. W tym roku rozszerzamy go o kolejne placówki.
Na początku 2014 roku stowarzyszenie nawiązało współpracę z Urzędem Miasta, czego efektem była Karta Klawego Warszawiaka/Warszawianki – specjalna edycja warszawskiej karty miejskiej. Jej wzór został wprowadzony na stałe i dziś każdy wyrobić sobie kartę z napisem „Warszawa jest klawa”. Do tej pory zdecydowało się na nią ponad pięćdziesiąt tysięcy osób. Akcja okazała się sukcesem, niestety była jednorazowa. – Mamy wrażenie, że władze miasta nie są za bardzo zainteresowane promocją warszawskiego folkloru i języka. Patrzą daleko w przyszłość, zapominając często o bogatej przeszłości – mówią w stowarzyszeniu i dodają, że mieszkańcy Warszawy mają mgliste pojęcie na temat gwary. „Jeżeli w ogóle o niej słyszeli, to sądzą, że jest zabytkiem, reliktem minionych czasów. Co wcale nie jest prawdą. Wystarczy przejść się ulicami Warszawy (nie tylko tej prawobrzeżnej), żeby usłyszeć zwroty, powiedzonka, słowa charakterystyczne dla tego miasta. Problem polega na tym, że większość rodaków warszawskich nie ma pojęcia, że to właśnie jest gwara” – piszą na swojej stronie www.
Na dowód prezentowane są przykłady współczesnej twórczości inspirowanej lokalnym językiem. Zwłaszcza Stanisław Grzesiuk (chłopak z Czerniakowa, chociaż urodzony pod Chełmem) odciska wyraźne piętno. Jeszcze w latach 90. Muniek Staszczyk (warszawiak, chociaż z Częstochowy) założył wraz Andrzejem Zeńczewskim grupę Szwagierkolaska inspirującą się grzesiukową frazą.
Już w latach dwutysięcznych na scenę wkroczył skład Vavamuffin – połączenie reggae, elektroniki i tekstów wyśpiewywanych przez Pablopavo (mieszkańca na Stegien i Grochowa). Dużo lokalnej tematyki, w jednym z utworów – „Vava to” – Grzesiuk pojawił się pod postacią cytatu z pieśni „Nie zawracaj kontrafałdy”.

Nie zawracaj kontrafałdy, że w Warsiawie byłeś
Bo na Saskie Kiempe wcale nie chodziłeś
Jesteś frajer jakich mało, wieczne tam wesele
Karuzela kręci, młyn diabelski miele.

Klimat warszawskich tekstów Pablopavo – a jest ich niemało, choć ostatnio autor stara się odpruć łatkę stołeczności – nie opiera się jednak na eksponowaniu gwary. Czasem pójdzie się do Skaryszaka, czasem ktoś buchnie dziewczynę w mankiet, ona potem się gibnie, ktoś inny położy się w opakowaniu do koja. Jednak część z tych słów – poza czysto warszawskim Skaryszakiem – należy do ogólnie pojmowanego slangu miejskiego (kojo trafiło tu z gwary więziennej).

Lewarek śmieje się z gabloty,
Bo wziął czerstwiaka pod bajer zarobi na nim parę złotych,
Możesz mieć boja, to miasto wciąż baletuje,
Tu antki szybko przyklejają fanara na tróję,
Miasto zostało to samo, język się zmienił,
I są ziomki z podwórek zamiast ferajn z kamienic.

To już rap wychowanego na Bemowie Eldo („Ferajny”). Jak zauważa Bartek Chaciński, środowiska, które pielęgnują stare gwary lokalne, to bardzo często właśnie kręgi klubowe i hiphopowe. Warszawski styl eksponują stołeczni raperzy i zakładane przez nich firmy odzieżowe. – Zjawisko odrębnych gwar miejskich wydaje się nieco przygasać, ale – paradoksalnie – wracają do niego i korzystają ci, którzy tworzą własny, nowy, współczesny slang miejski – uważa autor słowników najmłodszej polszczyzny.
Internetowy Miejski słownik slangu i mowy potocznej zaczyna się dziś w okolicach terminu abażur (na określenie amfetaminy), zaś kończy żonobijką, czyli „wąską męską podkoszulką z dzianiny z szerokim dekoltem i na wąskich ramiączkach”. Są także znane od wielu dekad chawira, kosa czy kozak. Uważny badacz trafi także na flotę, czyli pieniądze – jak się okazuje, znane pod tym terminem od bardzo dawna. W 1893 roku satyryczne czasopismo „Mucha” opublikowało czterowiersz, świadczący o tym, że flota bez uszczerbku przepłynęła przez stulecia.

Byłoby kwiatowe corso
Ale diablo krucho z forsą
Wiele bowiem jest ochoty
Ale za to nie ma floty.

Ostatnie słowo będzie należeć do Tyrmanda: „O gwarze warszawskiej decydują jednak nie wyrazy, lecz intonacje. Nie znaczy to, że gwara ta nie posiada mnóstwa słów zrodzonych w glebie tego miasta. Istnieje ogromna ilość słów i zwrotów, które tutaj wypowiedziane zostały po raz pierwszy i tutaj doszły do rangi znaczeń wyjątkowych i niepowtarzalnych, arcytrafnych i arcyśmiesznych. Niemniej – nie wyrażenia i zwroty decydują o warszawskiej gwarze. Prawdziwa gwara Warszawy to intonacja. W małym słówku „na pewno” rodowity warszawiak potrafi zawrzeć tak przebogaty wachlarz znaczeń i nastrojów, o jakim pojęcia nie mają i mieć nie mogą ludzie wymawiający to słowo w innych miastach lub w innych językach. W warszawskim „na pewno” rozbrzmiewa, zależnie od okoliczności, groźba lub prośba, pogarda lub szyderstwo, nadzieja lub zwątpienie, chwiejność lub moc charakteru. Odcień głosu, modulacja, akcent — oto, co decyduje o gwarze warszawskiej.

foto: Rok 1963, aut: Zbyszko Siemaszko / NAC