Biali na korcie

Położona przy ulicy Rzgowskiej w Łodzi dawna Fabryka Wyrobów Bawełnianych Braci Stolarow jest świadectwem przemysłowej przeszłości miasta, ale łączy się też z historią łódzkiego tenisa. W latach 1926-31 Stolarowowie nieprzerwanie zdobywali krajowe mistrzostwo w grze podwójnej.

Fabrykę w drugiej połowie XIX wieku postawił Niemiec Ludwik Hüffer, jednak w 1888 roku została przejęta przez głównych wierzycieli – rosyjską rodzinę Stolarowów. Jej głową był wówczas Włodzimierz, który rozbudował przedsiębiorstwo do pokaźnych rozmiarów – miało nawet własną kasę chorych i szkołę dla dzieci robotników. Na czas pierwszej wojny właściciele wrócili do Rosji doglądać tamtejszych interesów (wciąż byli obywatelami Cesarstwa), jednak w roku 1923 udało im się odzyskać firmę, w której władzę przejął syn Włodzimierza, Aleksander. Od 1925 roku przedsiębiorstwo nosiło nazwę: W. Stolarow i S-ka, Fabryka Wyrobów Bawełnianych. W owej spółce znaleźli się m. in. synowie Aleksandra: Jerzy i Maksymilian. I to właśnie oni dodali wątek tenisowy do fabrykanckiej historii.

To byli „biali” Rosjanie. Po rewolucji bolszewickiej pozwolono im wyjechać na Zachód, rzecz jasna za łapówkę – przypomina Zbigniew Chmielewski, kronikarz i kolekcjoner tenisowych pamiątek.

Tuż przed przyjazdem do Polski, w 1924 roku, Gieorgij (w Polsce Jerzy) Stolarow wygrał pierwsze mistrzostwa ZSRR w tenisie.
– Był wtedy członkiem klubu Union na Pietrowce w centrum Moskwy – mówi Chmielewski. – To tam wiosną 1918 roku zawieszono transparent z napisem w rodzaju: „Tenis przechodzi z arystokratycznych klubów w ręce mas pracujących”. W praktyce oznaczało to, że po rewolucji październikowej kluby tenisowe mogły wznowić działalność, o ile robotnicy i ich rodziny stanowili co najmniej połowę członków.
Po przyjeździe do Polski bracia byli członkami Łódzkiego Klubu Lawn Tennisowego, obaj zdobywali mistrzostwo Polski w grze pojedynczej. Jerzy (urodzony w 1898 r.) triumfował w 1927 roku, a dziesięć lat młodszy Maks – w 1928 i 1929. Jak pisali obserwatorzy, ten drugi był tenisistą bardziej utalentowanym – grał regularnie, miał świetny forhend. W latach 1926-31 Stolarowowie nieprzerwanie zdobywali krajowe mistrzostwo w grze podwójnej. Dzięki nim Łódzki Klub Lawn Tennisowy zapisał się w historii jako pierwszy drużynowy mistrz Polski w tenisie – byli niepokonani od 1927 do 1932 roku.
Reprezentowali Polskę w rozgrywkach o Puchar Davisa. W 1930 roku Maks zdobył decydujący punkt w pierwszym wygranym przez Polskę meczu, przeciwko Rumunii.

Wszyscy byli przekonani, że Stolarow, wygra ten pojedynek bez trudu – wspominał Kordian Tarasiewicz, przedwojenny tenisista, później także przemysłowiec i działacz sportowy. – Jednak mecz się przeciągał i został przerwany przy stanie 2:1 w setach dla Polaka. Miał być dokończony w poniedziałek. No, a w niedzielny wieczór wszyscy poszli bawić się do słynnego lokalu nocnego „Adria”… Chyba sporo wódki poszło, bo nazajutrz obaj zawodnicy byli wyjątkowo bladzi. Rumun Ghica Poulieff doprowadził do piątego seta. W decydującej partii szli „łeb w łeb” do stanu 3:3. Potem Stolarow się zebrał i wygrał set, mecz oraz całe spotkanie.

W karierze młodszego z braci zapisał się także inny mecz – nie międzypaństwowy, ale międzyklubowy. Wtedy takie spotkania odbywały się często. W 1931 roku na korty stołecznej Legii przybyli reprezentanci paryskiego Racing Clubu ze słynnym Henri Cochetem – gwiazdą światowego tenisa, zdobywcą siedmiu tytułów wielkoszlemowych. Całe spotkanie było bardzo zacięte, przy stanie 2:2 na kort wyszli Cochet (który wcześniej pokonał najlepszego z Polaków, Ignacego Tłoczyńskiego) i reprezentujący Legię Maks Stolarow (obaj bracia mieli wtedy zatargi z Łódzkim Klubem Lawn Tennisowym, trafili do Legii – wyjaśnia Zbigniew Chmielewski). Zwycięstwo nad Francuzem byłoby sensacją.
– W piątym secie tego pojedynku, przy stanie 5:4 i serwisie rywala, Polak miał piłkę meczową – wspominał Kordian Tarasiewicz. – W odpowiedzi na podanie Cocheta Stolarow zagrał w róg kortu i sędzia główny już mówił „gem, set, mecz Stolarow”, kiedy liniowy podniósł rękę i krzyknął „aut”. Linie były zatarte po długiej grze. Maks speszył się i ostatecznie przegrał mecz. A temu sędziemu liniowemu, nazwiskiem Sumowski, przez wiele lat nie dawano spokoju. Ludzie pytali: „Jak pan mógł?”

Reprezentacja mogła liczyć także na Jerzego, który przekroczył już wtedy trzydziestkę. Chociaż zdarzało się, że dostawał cięgi i to nie tylko od rywali.
„To, co zrobił tym razem Jerzy Stolarow, przeszło wszelkie oczekiwania. Stolarow tym razem był już nie nieregularny i słaby, ale grał wprost beznadziejnie. Dość powiedzieć, że w ciągu 2 i pół godzin walki dał dosłownie parę dobrych smeczów i trzy naprawdę pierwszorzędne dryjwy. Jest to stanowczo za mało. Pozatem psuł najłatwiejsze piłki, czasem w nie wogóle nie trafiał, był nieruchliwy i nie przejmował się grą. Wszelkie nadzieje, pokładane dobrej grze polskiego doubla, spaliły na panewce i jeszcze raz okazało się, że konkurencja ta w porównaniu z grą naszych singlistów, przedstawia się opłakanie”. To druzgocąca relacja z Ilustrowanego Kuriera Codziennego (z 16 maja 1932 r.) pod tytułem „Porażka polskiego double’a w puharze Davisa” (sic!).
W owym „doublu” – podczas meczu z Holandią – Jerzy Stolarow zagrał wraz z Ignacym Tłoczyńskim. („Tłoczyński robił, co mógł, ale nie mógł przecież przewidzieć, że partner nie będzie odbijał najłatwiejszych piłek, w najważniejszych momentach. A że i on też ma wiele zaległości w grze podwójnej, w sumie doubel polski przedstawiał się poprostu nędznie, a na publiczność podziałał przygnębiająco” – pisał zniesmaczony reporter „IKC”). Polacy przegrali debla w pięciu setach, jednak całe spotkanie zakończyło się zwycięstwem, także dzięki dwóm singlom wygranym nie bez trudu przez Maksa.
Powody braku zainteresowania Jerzego grą, o których pisał sprawozdawca Kuriera, mogły być rozmaite – osobiste i biznesowe. W 1925 roku, w cerkwi Świętego Aleksandra Newskiego przy ulicy Kilińskiego, starszy z braci poślubił Walentynę Łappę. Pamiętał ją jeszcze z Rosji, a kilka lat wcześniej spotkał w Berlinie i nakłonił do przyjazdu do Łodzi. Małżeństwo przetrwało tylko dwa lata, a – jak pisze łódzki kronikarz Mieczysław Gumola – rozczarowanie Walentyny objawiło się już na przyjęciu weselnym, na którym jej małżonek spił się do nieprzytomności i trzeźwiał do następnego dnia. Później Walentyna poślubiała kolejnych łódzkich fabrykantów, by końcu stać się baronową Heinzel von Hohenfels. Także Jerzy Stolarow ożenił się ponownie. W zbiorach łódzkiego Muzeum Sportu i Turystyki znajduje się zaświadczenie o jego wojennych losach wydane w 1976 roku przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż i zaadresowane na ręce Frau Tatiany Stolarow.

Lata 20. nie były pomyślne dla łódzkiego przemysłu włókienniczego. Rynek wewnętrzny był słaby, koszty produkcji wysokie, obciążenia podatkowe rosły. Kryzys z końca dekady jeszcze pogorszył koniunkturę, Stolarowowie musieli walczyć o byt – aby spłacić kredyty dzierżawiono obiekty fabryczne innym przedsiębiorcom.
Przed 1939 rokiem właścicielami przedsiębiorstwa W. Stolarow i S-ka byli synowie Aleksandra: Włodzimierz, Jerzy i Maksymilian, a także spadkobiercy Edwarda Hüffera, który wszedł do spółki w latach dwudziestych. Podczas drugiej wojny światowej przedsiębiorstwo występowało pod nazwą „W. Stolarow & Co. Baumwoll – Spinnerei – Weberei und Appretur”. Wszyscy współwłaściciele, z wyjątkiem Maksymiliana Stolarowa – który przebywał już w Anglii – podpisali volkslistę.

W czasie wojny Jerzy próbował prowadzić łódzki biznes, jednak w wyniku niemieckiej prowokacji odebrano mu majątek – mówi Zbigniew Chmielewski.

W 1943 roku został aresztowany, oskarżony o przestępstwa gospodarcze na kwotę 50 tysięcy marek i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Pozostawał tam jeszcze w styczniu 1945, niewykluczone, że został wówczas ewakuowany (a raczej posłany na tzw. marsz śmierci) wraz z innymi więźniami. Wyzwolenie miało zastać go we wsi Krempa Kaszubska. Powrócił do Łodzi. Pracował w Spółdzielni Pracy Motor. W wolnych chwilach chodził na ryby – w Muzeum Sportu zachowały się odpowiednie legitymacje i zezwolenia. Zmarł w 1970 roku, pochowano go w prawosławnej części cmentarza przy ul. Ogrodowej, obok ojca.
Maksymilian, po wyjeździe do Wielkiej Brytanii, służył w szeregach 1. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej 1. Dywizji Pancernej. Po wojnie pozostał na emigracji, pracował w radiu BBC. W 1946 r. jego nazwisko pojawiło się na liście uczestników Wimbledonu, ale nie przystąpił do pierwszego meczu.
Nie ma pewności, czy odwiedził Polskę. Być może otrzymał zaproszenie na obchody 40-lecia istnienia Polskiego Związku Tenisowego we wrześniu 1961. W Muzeum Sportu znajduje się podobne zaproszenie wystosowane do Jerzego.
– Byłem na tych uroczystościach, ale nie przypominam go sobie – mówi Chmielewski. – Zdaje się, że na obczyźnie w ogóle stronił od Polaków, tak przynajmniej mówili pozostali polscy tenisiści, którzy pozostali po wojnie w Anglii – Tłoczyński, Czesław Spychała i Ernest Wittmann. Poszedł raczej w stronę „białych” Rosjan.

W dodatku był pracownikiem BBC, co na uroczystościach pod „honorowym protektoratem” premiera Piotra Jaroszewicza nie byłoby przyjęte z zadowoleniem – potwierdza Adam Królak, dydaktyk, trener, autor podręczników, były kapitan reprezentacji Polski w Pucharze Davisa.

Maksymilian Stolarow zmarł w 1965 roku pod Londynem.

W 1947 roku przedsiębiorstwo Stolarowów przeszło na własność Skarbu Państwa. Powstały Państwowe Zakłady Przemysłu Bawełnianego, w części zabudowań znalazła miejsce szkoła podstawowa. W latach 90. budynki opustoszały, ale odżyły dziesięć lat temu – po modernizacji (udało się zachować jedynie część ścian) mieszczą się tu siedziby kilku firm. Co najmniej jedna działa w branży odzieżowej, więc można powiedzieć, że tradycji stało się zadość.


foto: Maks i Jerzy, 1929 r. / Ilustrowany Kurier Codzienny  / NAC