Szwagier szwagra siekierą

Komisarz Zygmunt Maciejewski obserwuje podejrzanych w hotelu Europejskim, spotyka się z informatorem w restauracji Wykwintna, zagląda do cukierni Semadeniego. W wolnych chwilach trenuje boks w sali gimnastycznej Wojskowego Klubu Sportowego przy Lipowej, czasem korzysta z usług salonu fryzjerskiego przy Bernardyńskiej. – Nie lubię kryminałów pozbawionych tła, ale nie zamierzam też tworzyć tła bez intryg – mówi Marcin Wroński, autor serii „lubelskich” retrokryminałów.

Spoglądamy na polsko-żydowski Lublin lat 30. I na bohatera, który raz po raz demonstruje rezerwę wobec wszechobowiązującego kultu Marszałka, innym zaś razem, chcąc nie chcąc, zabezpiecza wraz z całą lokalną policją otwarcie wyższej uczelni talmudycznej w mieście. W lubelskich dekoracjach z czasów II RP zawiązują się intrygi opisane przez Marcina Wrońskiego. Maciejewski rozwiązuje te zagadki. Jak przyznaje ich twórca, miejsce akcji nie ma nic wspólnego z lokalnym patriotyzmem. – Zwyczajnie lepiej być jedynym szerzej rozpoznawalnym autorem piszącym o Lublinie niż na przykład kolejnym varsavianistą. Zależało mi na wprowadzeniu na kryminalną mapę Polski miasta z ciekawą historią, a jednocześnie opisywanego bardzo rzadko – wyjaśnia i dodaje, że Lublin stanowi tu tylko refleks całej międzywojennej Polski. Województwo lubelskie jako jedyne nie graniczyło z żadnym państwem ościennym – można powiedzieć, że był to środek ówczesnej RP. Z drugiej strony, mówi Wroński, było to wówczas miasto, które rosło w oczach – taki polski Manchester. Brudny, biedny, ale bardziej kolorowy niż dziś.
Dawnym Lublinem pisarz interesuje się od lat – miasto znalazło się już w jego pracy magisterskiej, tyle że od strony życia literackiego, nie kryminalnego. Życie kryminalne zaczęło się od wydanego w 2007 roku „Morderstwa pod cenzurą”. Potem przyszły kolejne opowieści: „Kino Venus” (2008), „A na imię jej będzie Aniela” (2011), „Skrzydlata trumna” (2012). W piątej – „Pogrom w przyszły wtorek” (2013) – autor przenosi czytelnika do tużpowojennego Lublina, w szóstej „Haiti” (2014) dowiadujemy się co nieco o niedoli bohatera w latach stalinowskich. Jednak w następnych książkach – „Kwestja krwi” i „Portret wisielca” wracamy do czasów przedwojennych. I tam, jak mówi autor, pozostaniemy.
– Nie dlatego, że II RP jest wdzięczniejszym przedmiotem opisu i fabuł kryminalnych niż lata powojenne czy PRL. Raczej dlatego, że komisarzowi Maciejewskiemu po wojnie się nie ułożyło, bo zgodnie z logiką historii nie miało prawa mu się ułożyć. Cud, że w ogóle przeżył śledztwo w ubeckim areszcie i w „Pogromie w przyszły wtorek” mógł wyjść poza bramę więzienia. Fabuła tego kryminału to chyba jedyny prawdopodobny wypadek, aby przedwojenny glina w nowej rzeczywistości mógł prowadzić jakiekolwiek śledztwo – zauważa Wroński.
W posłowiu do jednej z książek pisarz przywołuje Leopolda Tyrmanda i Marka Krajewskiego – oni też mają w dorobku kryminały. „Zły” jest powieścią na wskroś warszawską, o miejscu akcji cyklu z Breslau pióra Krajewskiego mówią już tytuły.

I „Zły”, i książki Marka Krajewskiego to przede wszystkim powieści o czymś, a dopiero potem kryminały, tak je czytam – uzasadnia lubelski pisarz. – Powieści detektywistyczne, w których chodzi tylko o możliwie najbardziej skomplikowaną zagadkę, zawsze mnie nudziły, bo po pierwsze bardziej niż literaturę przypominają łamigłówki z weekendowego numeru gazety, a po drugie, na ogół są kompletnie nierealistyczne.

– Wiele takich fabułek można swobodnie przenieść z Londynu do Nowego Jorku, a z Nowego Jorku do Montrealu. Może tylko na Grenlandię nie, bo klimat nie będzie się zgadzał. Sam Maciejewski czyta klasyczne kryminały z obrzydzeniem, bo jako glina najlepiej wie, że to bajki dla dorosłych, a prawdziwe przestępstwa to na ogół, kiedy szwagier szwagra siekierą… Natomiast umieszczenie bohatera w konkretnym mieście i konkretnym czasie z całym bagażem publicystycznym czy historycznym to zupełnie inna sprawa. Mamy dwa w jednym: kawałek prawdziwego świata do poznawania, a dla zabawy zgadywankę kto zabił.

Zgadzamy się więc, że kryminał bez ciekawego tła traci na wartości. Rzeczywistość lat 30. i 40. pozwala na stworzenie takiego tła, co więcej – czasem wręcz staje się impulsem dla zawiązania akcji. – Tak było z piątą powieścią cyklu, „Pogromem w przyszły wtorek”, który zaczął się rozwijać od notatki prasowej z 1945 roku (dotyczącej antyżydowskich ekscesów tuż po wojnie, podsycanych rzekomo przez „elementy NSZ-owskie”) znalezionej kilka lat wcześniej, podczas pracy nad „Kinem Venus” – wspomina Wroński dodając, że jest zbieraczem historycznych detali, które mogą przydać się w pracy nad książką. – Niestety nie jest to tak piękny zbiór, o jakim bym marzył. Jeżeli jednak byłbym bohaterem literackim, to gwarantuję: pół mojego gabinetu zajmowałaby kartoteka jak w starej bibliotece albo w przedwojennej komendzie policji. Podczas lektury czytelnik trafia na te szczegóły: egzemplarz „Ilustrowanego przewodnika po Lublinie” Marii Antoniny hr Ronikierowej (wydany aż w 1901 roku, przez co nieprzydatny dla jednego z bohaterów), pierwszą polską maszynę do pisania marki „Orzeł”, na której komisarz Maciejewski usiłuje coś wystukać, czy wyrażone na kartach ubolewanie nad brakiem awansu Unii Lublin do piłkarskiej I ligi w roku 1930.

Szukam detali, bo wymaga ich wcześniej założona koncepcja powieści. Skoro wiem, którędy komisarz Maciejewski będzie szedł, to może okazać się istotne, co mijał – mówi Wroński. – Bywa jednak i tak, że właśnie znaleziony detal zmienia koncepcję.

– Okazuje się na przykład, że mój bohater powinien szukać świadka nie w szkole, chociaż sprawa dotyczy zaginionej uczennicy, ale w kinie – tak było z pewnym, wzorowanym na autentycznej postaci, nauczycielem muzyki w „Kwestji krwi”, bo doczytałem się, że dorabiał jako taper podczas projekcji niemych filmów. Uważam jednak na to, aby detal historyczny był funkcjonalny, służył całości, a nie tylko stał jak kwiatek w wazonie dla ozdoby.
Sztuka i rzeczywistość przeplatają się tu na różne sposoby. – W książce „A na imię jej będzie Aniela” jest scena, w której po zbombardowaniu Lublina we wrześniu 1939 r. z banku wyfruwają palące się banknoty i lecą w siną dal – wspomina autor. – Wymyśliłem ją mając informacje, że faktycznie na taką firmę spadły bomby. Wiele lat później na moje spotkanie przyszedł czytelnik, któremu ojciec – w 1939 mały chłopiec mieszkający na podlubelskiej wsi – opowiadał właśnie o tym, że z Lublina przyleciały nad pola i łąki palące się pieniądze i dzieci próbowały je łapać.

Czytelnicy dopowiadają, ale potrafią być też dociekliwi. Mogą na przykład dopytywać, czy w 1930 roku posługiwano się już piłkarskim terminem „ekstraklasa”. Wielokrotnie wytykali błędy, chociaż – jak mówi pisarz – bez złośliwości.
– Staram się, oczywiście, żeby było ich jak najmniej, ale wyleczyłem się z ambicji, aby je całkiem wyeliminować. Dziś mam wrażenie, że w pierwszej powieści o Maciejewskim nieco przesadziłem z drobiazgowym opisem. Po reakcjach krytyków i czytelników utwierdzam się jednak w wierze, że takie drobiazgi, takie nośniki autentyzmu tworzą w umyśle odbiorcy swego rodzaju masę krytyczną, która na stronie pięćdziesiątej czy siedemdziesiątej wybucha we wrażenie: „To prawda, tak było!”. By jednak czytelnik dotrwał do tej strony, w książce musi być haczyk – i temu głównie służy intryga kryminalna.
Bo, jak powtarza Wroński, każde porządne miasto powinno mieć swój kryminał.


Marcin Wroński (ur. 1972)

Popularność zdobył dzięki cyklowi kryminałów o komisarzu Maciejewskim, za który otrzymał m. in. Nagrodę Wielkiego Kalibru (2014) i Nagrodę Artystyczną Miasta Lublin (2013). Debiutował zbiorem opowiadań „Udo Pani Nocy” (1992), wkrótce wydał też mikropowieść pijacko-przygodową „Obsesyjny motyw babiego lata” (1994), pisał prozę artystyczną, utwory dla dzieci i fantastykę. Jego powieści były tłumaczone na rosyjski, w najbliższym czasie cykl o komisarzu Maciejewskim zacznie ukazywać się we Francji.


foto: Czesław Gawdzik [ulica Ruska]