Zakład o Nobla

Jesienią literackie Pudelki, Plotki i Pomponiki żyją nie tylko wiadomościami o tym, kto właśnie zdobył nagrodę Nobla. Nie mniej ważne jest to, kto jej znowu nie dostał. Kto nie doczekał, a kto wciąż czeka. I czy ma szanse doczekać. Z tego samego powodu firmy bukmacherskie dołączają do oferty literaturę. Można obstawiać nie tylko zwycięstwo Rogera Federera na korcie w Londynie, ale także sukces Harukiego Murakamiego czy Philipa Rotha w Sztokholmie.

Obaj pisarze od lat mają bardzo wysokie notowania i obaj kończą w pokonanym polu. Powieści Japończyka cieszą się uznaniem, także polskich, czytelników. Supergwiazdą uczynił go realistyczny melodramat „Norwegian Wood”, jednak szwedzcy akademicy mogą docenić rozważania o światach i bytach równoległych z „Kroniki ptaka nakręcacza”, lub zastanowić się, czy owca istotnie potrafi przejąć kontrolę nad ludzkim umysłem i za pomocą swojego „gospodarza” zawładnąć krajem („Przygoda z owcą”).
Murakami pokazuje sporo współczesnej japońskiej codzienności, nie stroniąc przy tym od deklaracji ostatecznych (jesteśmy tylko chwilowym bytem uwięzionym pomiędzy „niczym” przed nami i „wszystkim” za nami), jak i pytań zupełnie nieostatecznych (czy otwór w obwarzanku to próżnia, czy byt, który decyduje o tym, że obwarzanek jest tym, czym jest).
Z jednej strony pisze, że gdy kończy się młodość, człowiek wchodzi w obieg zamknięty – kręci się i wykonuje czynności niezbędne do życia, chociaż zdaje sobie sprawę, że do niczego go to nie doprowadzi. Z drugiej, daje nadzieję: naprawdę ważne są nie wielkie rzeczy, które wymyślają inni ludzie, ale drobiazgi, które wymyślasz sam („Sputnik Sweetheart”). Może dlatego jest tak chętnie czytany. W Polsce lat dwutysięcznych jest wydawany regularnie, w ubiegłym roku pojawiły się kolejne tytuły: „Słuchaj pieśni wiatru” i „Flipper roku 1973”.

Drugi z wiecznych kandydatów, Philip Roth, jest starszy i karierę pisarską ma za sobą – w 2012 roku ogłosił, że nie napisze już żadnej powieści, w 2014 zadeklarował podczas wywiadu dla BBC, że to jego ostatni publiczny występ.
Amerykanie podkreślają, że jest ich jedynym żyjącym pisarzem, którego dzieła zebrane znalazły się w Bibliotece Kongresu Stanów Zjednoczonych. Dzieła te zazwyczaj portretują amerykańskiego intelektualistę drugiej połowy XX wieku. Od debiutanckiego „Goodbye Columbus” poprzez skandalizujący „Kompleks Portnoya” (powieść, która przyniosła mu wielki rozgłos) po wydaną w 2010 roku „Nemezis”.
O swoim życiu pisał w autobiografii „Fakty”, jednak jego śladów można też doszukiwać się także w powieściach, zwłaszcza tych, których bohaterem uczynił Nathana Zuckermana – urodzonego w Newark pod Nowym Jorkiem pisarza ze zasymilowanej żydowskiej rodziny. Brzmi znajomo.
Bo skąd Zuckerman tak dobrze wie, jak to jest napisać książkę, która przynosi sławę i majątek, ale przysparza przykrości wszystkim tym, którzy uważają, że to właśnie ich sportretowano na kartach? („Zuckerman wyzwolony”). Głos autora słychać także, gdy jego bohater, rozważając sytuację amerykańskich Żydów, czuje się odrzucany zarówno przez antysemitów – nawet jeśli skrzętnie ukrywają to pod angielskimi manierami – jak i ortodoksów z Izraela („Przeciwżycie”). Nathan jest albo za bardzo, albo za mało żydowski – ten wątek często powraca w twórczości pisarza.
Zuckerman pojawiał się u Rotha przez blisko trzydzieści lat. Finałem tej biografii-niebiografii jest powieść „Duch wychodzi” z 2007 roku, w której ponad 70-letnie alter-ego, od lat żyjące na wiejskim wygnaniu, wraca na moment do swojego Nowego Jorku. I prawie – trochę wbrew swej woli – daje się wciągnąć w wir dawnego życia. W końcu jednak godzi się z tym, że z powodu pogłębiających się zaników pamięci pewnie nic już nie napisze. Wraca do swojej samotni. Tam też trzeba dziś szukać 82-letniego autora.

Nazwiska Rotha i Murakamiego przytaczane są szczególnie często, jednak kandydatów do Nobla jest więcej. Spośród tłumaczonych na polski wymienia się Amerykankę Joyce Carol Oates, Austriaka Petera Handkego, Albańczyka Ismaila Kadare, czy Norwega Jona Fosse. Padają także nazwiska świetnie znane czytelnikom, jak Amos Oz, Milan Kundera czy Salman Rushdie. Ten ostatni na pewno był na ustach szwedzkich akademików – w 1989 roku, z powodu braku reakcji gremium na ogłoszony przez Chomeiniego wyrok śmierci na autora „Szatańskich wersetów”, z udziału w pracach Akademii zrezygnowali Lars Gyllensten i Kerstin Ekman. Pierwszy z wymienionych już nie żyje, przy nazwisku drugiej do dziś figuruje dopisek „nieaktywna”, bowiem z członkostwa nie można zrezygnować.
W kolejnych latach okaże się, który z faworytów dostanie medal, a kto zasili szeregi tych, którzy nie dostali, chociaż powinni. Historia XX-wiecznej literatury pełna jest takich przypadków. W gronie pominiętych przez Akademię są m. in. Antoni Czechow, Lew Tołstoj, Henrik Ibsen, Marcel Proust, Emil Zola, James Joyce, Vladimir Nabokov, Jorge Luis Borges. To oni trafiają zazwyczaj na listy w rodzaju „10 wielkich pisarzy skrzywdzonych przez Nobla”.
Przypadek Czechowa można by usprawiedliwiać – nazwisko pierwszego laureata w dziedzinie literatury ogłoszono w 1901 roku, zaś Rosjanin umarł młodo zaledwie trzy lata później. Z drugiej strony najważniejsze utwory – poza „Wiśniowym sadem” – zostały opublikowane dawniej.
Podejrzewa się, że w pierwszych latach werdykty były wynikiem wąskiego pojmowania treści testamentu Alfreda Nobla, który życzył sobie, by nagrodę przyznawano autorom, którzy „stworzą w dziedzinie literatury najwybitniejsze dzieła w tendencji idealistycznej” (ideal direction). Można zakładać, że niektóre dzieła wybitnych uznano wówczas za nie dość idealistyczne.
Szczególnie dziwić powinna znacznie późniejsza sprawa Vladimira Nabokova – wiadomo, że był nominowany w 1974 roku. Nagroda przypadła wówczas mało znanym Szwedom: Eyvindowi Johnsonowi i Harry’emu Martinsonowi. Obaj byli w tym czasie członkami Akademii.
Nominowany był też Jorge Luis Borges, jednak, jak utrzymuje jego biograf Colm Tóibín, na przeszkodzie mogły stanąć sympatie pisarza dla wojskowych dyktatur Pinocheta i Videli, które rządziły wówczas w Chile i Argentynie.
Liczbowe dane Akademii wskazują, że w dziedzinie literatury było trzydzieści polskich nominacji. Szczegóły odtajniane są dopiero po półwieczu, wiadomo więc, że w tym gronie znaleźli się Eliza Orzeszkowa, Leopold Staff, Stefan Żeromski (czterokrotnie) i Maria Dąbrowska (również cztery razy). O nominacji tej ostatniej wspominał m. in. Stefan Kisielewski w „Abecadle Kisiela”: „Jest jedna rzecz wstydliwa. Otóż w 1956 była kandydatką do Nagrody Nobla. Ale tak się złożyło, że po śmierci Stalina w 1953 roku Putrament wymuszał od ludzi jakieś wypowiedzi na temat tej śmierci […]. I od niej wymusił. Napisała takie coś, że »potworna wiadomość«, »co będzie z nami«, »co będzie z Polską« i tak dalej. I podobno gdy była kandydatką do Nobla, ktoś to podał do Sztokholmu przetłumaczone, no i skosił. Tak Polacy robią.”
W ostatnich latach dyżurnym kandydatem biało-czerwonych jest Adam Zagajewski, ostatnio dołączyła Olga Tokarczuk. W tym roku bukmacherzy z firmy Landbrokes (nie pomylili się co do Swietłany Aleksijewicz), ocenili szanse polskiego poety na 1 do 33 – podobnie jak Amosa Oza, Milana Kundery i Cormaca McCarthy’ego, niżej niż Murakamiego (1:6) i Rotha (1:10), ale wyżej niż Umberto Eco i Salmana Rushdiego (1:50).
Kolejne zakłady za rok, do tego czasu trzeba zadowolić się meczami Federera.