Polska Kronika Filmowa

Pierwsza kamera wita tuż po otwarciu drzwi. Zawieszona wewnątrz klatki schodowej zagląda do otwartego mieszkania. Dalej kolejne: na ścianach sąsiedniej kamienicy, przychodni, na skrzyżowaniu, w tramwaju. W drodze do pracy mieszkaniec miasta przechodzi z jednego obrazu w drugi. Jeśli nie ma szczęścia, to osiem godzin w biurze także spędza pod kontrolą szklanego oka.

Ostatnia dekada jest niczym nowa polska szkoła filmowa, kamery rozpleniły się jak chwasty – w szkołach, na basenach (czasem także – o zgrozo! – w toaletach i przebieralniach), nawet w szpitalnych salach.
Część wchodzi w skład miejskich systemów monitoringu, jednak nierzadko właściciele – a, co za tym idzie, obserwatorzy – są trudni do ustalenia. Zwykle nie podlegają żadnym ograniczeniom, kontroli ani regulacjom prawnym.
Według danych zebranych przez fundację Panoptykon w 2012 r. monitoring finansowany ze środków miejskich działał w 86 proc. miast powiatowych i we wszystkich miastach wojewódzkich.
Roczny budżet zakładu obsługującego system monitoringu miejskiego w Warszawie (425 kamer) sięga 15 mln złotych – mniej więcej tyle, ile w całym roku ma do dyspozycji najważniejsza krajowa instytucja powołana do ochrony prywatności – Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. To oznacza, że w skali kraju na kamery podglądające obywatela wydaje się setki milionów złotych.
W przypadku systemów innych niż miejskie ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia. Kamera nad pisuarem toalety na warszawskim Dworcu Centralnym? Jest. Kamery w części wagonów PKP rejestrujące również dźwięk? Proszę bardzo. Kamery nad kasami w supermarkecie pozwalające zobaczyć piny wstukiwane przez klientów? Miłego dnia.
Klimat dla podglądaczy jest bardzo dobry – sprzęt staje się coraz doskonalszy i tańszy, zaś globalne zagrożenia są ulubionym straszakiem i skutecznie spychają na dalszy plan prawa obywatelskie. Kto nie chce czuć się bezpiecznie? Większość badanych chce – 55 procent uważa, że instalacja kamer zmniejsza przestępczość w skali całego miasta.
Zarówno polskie i międzynarodowe badania wskazują jednak, że prewencyjne działanie monitoringu jest bardzo ograniczone. Część przestępców przenosi się w niemonitorowane miejsca, część robi swoje nie myśląc o obecności kamer.
Dowodzą tego m. in. badania dr. Pawła Waszkiewicza z Katedry Kryminalistyki UW, opublikowane pt. „Wielki Brat Rok 2010. Systemy monitoringu wizyjnego – aspekty kryminalistyczne, kryminologiczne i prawne”.

Monitoring nie zwiększa faktycznego bezpieczeństwa w miejscach publicznych, jak również w większości badanych przestrzeni zamkniętych. Wyjątek stanowią parkingi i garaże wielopoziomowe. Co więcej, monitoring nie prowadzi też do zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, chociaż większość praktyków uważa, że taka zależność ma miejsce – wyjaśnia dr Waszkiewicz.

A Wielki Brat patrzy. Ponad połowa ankietowanych opowiada się za zwiększeniem liczby kamer monitorujących zachowanie ludzi, przy czym poparcie dla tej opcji stopniało ostatnio na rzecz opinii, że aktualna liczba kamer powinna zostać utrzymana.
Przychylne nastawienie opinii publicznej nasilają publikowane w mediach informacje o „zabezpieczeniu nagrań z monitoringu”, co miałoby sugerować znaczne prawdopodobieństwo wykrycia sprawców przestępstwa. Tymczasem nawet przypadki przekazania policji takich materiałów okazują się często niewystarczające do wykrycia sprawcy, o czym przekonał się niedawno wrocławski właściciel okradzionego butiku, który nagrał złodzieja. Po kilku miesiącach sprawa została umorzona z powodu niewykrycia sprawcy.
– Pokrzywdzeni często przekazują nagrania z monitoringu, ale odnalezienie konkretnej osoby jest bardzo trudne – podsumowała wrocławska prokuratura.
Wychodzi na to, że podglądanie nie jest jednak cudownym lekarstwem. Co więcej, może stać się źródłem zagrożenia, bowiem co trzeci z badanych uważa, że gdy są kamery, to w przypadku przestępstwa nie trzeba podejmować interwencji, bo przecież odpowiednie osoby się tym zajmą. Takie rozproszenie odpowiedzialności doprowadza w końcu do tego, że interwencja w ogóle nie następuje. Im więcej świadków zdarzenia, tym większe zagrożenie, że tak właśnie będzie – dowodzą badacze.

Niewiele mówi się też o tym, że większość kamer w ogóle nie ma na celu poprawy bezpieczeństwa. W praktyce służą ochronie mienia, kontroli pracowników, zarządzaniu ruchem drogowym, analizie zachowań klientów, a w szkołach – rozwiązywaniu sporów między dziećmi, rodzicami i nauczycielami.

Niepokoi zwłaszcza monitoring szkolny, który może stawać się narzędziem swoistej kultury nadzoru – uważa Julia Skórzyńska-Ślusarek, współautorka badań „Monitoring wizyjny w życiu społecznym”.

Jej zdaniem kamery wykorzystywane są nie tylko do dyscyplinowania uczniów i kontrolowania ich przez dyrekcję, nauczycieli oraz rodziców, ale mogą służyć także nadzorowaniu nauczycieli i innych pracowników szkoły przez dyrekcję i rodziców (a w pewnych przypadkach również uczniów) oraz kontrolowaniu dyrekcji szkoły przez rodziców i władze oświatowe. Monitoring staje się tu narzędziem wychowawczym – uczniowie mają świadomość, że są obserwowani, o czym nauczyciele chętnie przypominają. Wniosek: nie należy zachowywać się niewłaściwie tam, gdzie może to zostać zauważone.

Nauczycielka (uczestniczka badania): Czasami, jak coś się stanie w świetlicy, a w świetlicy nie ma kamer, to mówimy: „Oj, mamy kamery i to sprawdzimy”. I wtedy te dzieci rozglądają się. Dzieci wiedzą, że są kamery. I na pewno robią to tak, żeby kamery nie widziały, jak mają coś zrobić. Bo one wiedzą, kombinują. Są punkty takie, tam są źle te kamery ustawione, bo tam często próbują właśnie palić. Chodzą, obcałowują się, obściskują się.

Szkolna telewizja jest efektem prowadzonego w latach 2007-2009 programu Ministerstwa Edukacji Narodowej „Monitoring wizyjny w szkołach i placówkach”. Pokazowa akcja ministra Romana Giertycha była efektem tragedii w jednej z gdańskich szkół, gdzie dręczona przez uczniów nastolatka popełniła samobójstwo. Z informacji przekazanych przez MEN wynika, że w kamery wyposażono wówczas 7882 placówki, co kosztowało blisko 77 mln złotych.
W ministerialnym sprawozdaniu ocena skuteczności całego programu sprowadza się do kilku zdań w rodzaju: „Dyrektorzy szkół, w których funkcjonuje system monitoringu wizyjnego podkreślają, że obecność kamer mobilizuje uczniów do poprawnych zachowań, zwiększa bezpieczeństwo osób przebywających na terenie szkoły i w najbliższym otoczeniu, zmniejsza rozmiar zjawisk patologicznych w środowisku szkolnym…” I tak dalej, i tym podobne. Żadnych danych.

Nauczycielka: Ktoś to wymyślił na górze. Z wydziału oświaty ktoś. Nie wiem, czy napisał jakiś program, że to powinno być tak, a nie inaczej. I na to pieniądze poszły. W szkole jednak te dzieciaki się zna i według mnie żadnej potrzeby nie ma. Nawet jak jest lekcja, gdzieś się kręci i próbuje się przedostać i pójść do łazienki na dymka czy coś, to i tak to widać. Wydaje mi się, że to chodziło o to, żeby właśnie założyć monitoring w szkołach, że ktoś na to wpadł i tak zrobiono.

Wkrótce, w 2010 roku, w sprawie kamer interweniował rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski. „Żaden przepis rangi ustawowej nie upoważnił organów prowadzących – w sposób bezpośredni – do instalowania kamer monitorujących na terenie szkół i placówek oświatowych” – napisał w wystąpieniu do MEN. „Otrzymuję skargi rodziców i uczniów licznych szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, w których kamery monitorujące zamontowano m. in. w szkolnych toaletach”.
Reakcja władz oświatowych? Należałoby podjąć kroki legislacyjne w celu ograniczenia prawa do prywatności osobom przebywającym na terenie szkoły.
Najnowsze programy MEN „Bezpieczna i przyjazna szkoła” (na lata 2014-16) oraz komplementarny „Bezpieczna+” (2015-18) uwzględniają rozwój szkolnej telewizji, jednak realizacja ma zostać odłożona do czasu uchwalenia odpowiedniej ustawy.
Monitoringowy chaos najbardziej cieszy producentów sprzętu, bo kamerę może zamontować każdy. Weźmy pierwszą z tu opisanych – tę w klatce schodowej. Kto ją zainstalował? Czy obraz jest nagrywany, czy ktoś to ogląda? Kto ma dostęp? Jak długo przechowywane są nagrania?

Administratorka: O montażu zadecydowała wspólnota mieszkaniowa, pięćdziesiąt procent głosów plus jeden. Nagrywa się, ale więcej nie wiem, jestem laikiem. Proszę pytać konserwatora-elektryka.

Konserwator: Zwykle nagrania przechowywane są przez dwa tygodnie, zależy od pojemności dysku, ale nie wiem jak w tym przypadku. Proszę zapytać drugiego konserwatora, będzie wiedział.

Konserwator 2: Może nawet i po dobie się kasuje, jak nic się nie dzieje. Mieszkańcy mogą zobaczyć, policja, prokuratura pewnie… Do kogo zgłaszać? Nie, nie do mnie. Jest konserwator z firmy, która instalowała, trzeba zadzwonić. Ze 150 złotych weźmie za przyjazd bo teraz, wie pan, wszystko kosztuje. Nie mam namiarów, ale sprawdzę…

Prywatne podmioty pozostają poza kontrolą, publicznymi zajęła się w ubiegłym roku Najwyższa Izba Kontroli – sprawdzono miejskie systemy monitoringu.

NIK: Istotnym aspektem kontroli było rozstrzygnięcie, czy miasta potrafią zachować równowagę pomiędzy troską o bezpieczeństwo a konstytucyjnym prawem obywatela do ochrony wolności i prywatności.

Wykryte przez Izbę nieprawidłowości dotyczyły m. in. nieodpowiedniego zabezpieczenia i nielegalnego przetwarzania danych osobowych oraz nieograniczonego dostępu do obrazu z kamer. Większość miast nie potrafiła ocenić skuteczności swojego monitoringu. Nie określono kryteriów, które pozwoliłyby stwierdzić, czy w monitorowanych miejscach nastąpiła poprawa bezpieczeństwa.
Co prawda, kontrola wskazała na spadek przestępczości w miejscach, w których zamontowano kamery. „W Warszawie w stosunku do wybranej przez NIK próby 16 kamer, aż w 15 miejscach nastąpił spadek przestępczości (od blisko 7 do ponad 90 proc.). W Poznaniu policja wskazała na zwiększenie wykrywalności przestępstw w wybranych lokalizacjach kamer”.

Zaobserwowanie takiego związku jest bardzo trudnym zadaniem – ripostuje Wojciech Klicki, prawnik z fundacji Panoptykon. – Może następować zjawisko przeniesienia przestępczości o dwie ulice dalej, gdzie nie ma kamery, albo ogólny spadek w skali miasta lub kraju. Spadek przestępczości w miejscu instalacji kamer nie oznacza ich skuteczności.

Jak informują kontrolerzy NIK, spośród 152 tysięcy zdarzeń zaobserwowanych przez miejskich operatorów w latach 2010 – 2013 poważne przestępstwa (rozboje, włamania, kradzieże i niszczenie mienia) stanowiły jedynie 5 proc. wszystkich zaobserwowanych zdarzeń. Zdecydowana większość to wykroczenia drogowe.
Wnioski NIK powtarzają to, co już wiemy: brakuje przepisów, które chroniłyby dane osobowe obywateli uzyskane w wyniku monitoringu. Nie ma regulacji określających zasady funkcjonowania monitoringu wizyjnego w miejscach publicznych ani instytucji nadzorującej jego działanie.
Efektem kontroli był wniosek do Rady Ministrów o regulację zasad prowadzenia obserwacji w osobnej ustawie.
– Takie prace ruszyły już w marcu 2011 roku, dodatkowo regulacja monitoringu została wyniesiona do rangi priorytetów MSW podczas kadencji ministra Bartłomieja Sienkiewicza. Minęły cztery lata i mamy jedynie dwa projekty założeń do ustawy. Wszystko wskazuje na to, że w tej kadencji parlamentu nie uda się jej uchwalić – przewiduje Wojciech Klicki.
„Zasadniczym celem projektowanej regulacji jest unormowanie zasad prowadzenia monitoringu wizyjnego w otwartej i zamkniętej przestrzeni przeznaczonej do użytku publicznego oraz praw osób, których wizerunki są obserwowane, rejestrowane lub przetwarzane w sposób umożliwiający identyfikację ich tożsamości” – czytamy we wstępie projektu MSW.
Potrzeba regulacji nie budzi wątpliwości – badania przeprowadzone na zlecenie ministerstwa wykazały, że o ile 73 proc. osób deklaruje, że obecność kamer pozytywnie wpływa na poczucie bezpieczeństwa, o tyle 91 proc. uważa, że kwestia monitoringu powinna zostać uregulowana.
– Z dobrych informacji: projekt założeń proponuje stworzenie organu pełniącego kontrolę nad jednostkami prowadzącymi monitoring – tę funkcję miałby pełnić Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. Nie wiadomo jednak, jakie uprawnienia miałby organ kontrolny, nie wiadomo, czy będzie miał „zęby” i zdoła wymusić przestrzeganie przepisów – mówi Klicki.
Na razie ustawa jest polem walki grup interesu. O jej kształt spierają się m. in. władze miast, pracodawcy, firmy ochroniarskie i, rzecz jasna, służby.
– Widać, że projekt jest napisany właśnie „pod służby”. Policja mogłaby, za okazaniem tzw. blachy, podpiąć się pod każdy, także prywatny, system monitoringu – zauważa prawnik.
Uwagi do projektu MSW złożyło wiele organizacji, w tym takie, które domagają się jak najszerszej kontroli nad obywatelem.

Pracodawcy RP: Proponujemy rozszerzenie celu stosowania monitoringu wizyjnego na działanie podmiotów prywatnych (w szczególności przedsiębiorców) podejmowane dla zabezpieczenia się przed przestępstwami popełnianymi na ich szkodę. […] Nie powinno ulegać wątpliwości to, że każdy podmiot czując się zagrożony przestępstwem, powinien mieć jednoznacznie określoną, prawną możliwość skorzystania z monitoringu wizyjnego.

Prezydent m. st. Warszawy domaga się zwiększenia liczby podmiotów z dostępem do obrazu z kamer oraz wyłączenie z obowiązku analiz i konsultacji społecznych decyzji o instalacji kamer w „miejscach szczególnie istotnych dla bezpieczeństwa miasta” oraz mobilnych centrów monitoringu w pojazdach oraz na urządzeniach latających.
– A Ministerstwo środowiska, które nie zajmuje się zazwyczaj kwestią monitoringu, oczekuje wyłączenia lasów spod ustawowych ograniczeń – dodaje Klicki.
Firmy ochroniarskie określają projekt mianem restrykcyjnego. Kwestionują m. in. zakaz montowania atrap kamer (działanie odstraszające) oraz ustanowiony w projekcie zakaz jednoczesnego nagrywania obrazu i dźwięku. Polski Związek Pracodawców „Ochrona” – zrzeszenie firm ochroniarskich – domaga się sprecyzowania użytego w projekcie terminu „godność człowieka” (w akapicie: monitoring wizyjny nie może być prowadzony w miejscach, które mogłyby naruszać godność człowieka). W drugiej, poprawionej wersji ustawodawca określa już miejsca, gdzie godność może być naruszana: toalety, przebieralnie, gabinety lekarskie, pomieszczenia socjalne.
Wysyp rozmaitych agencji ochrony na rynku prowadzi pośrednio do wspomnianej już kwestii kontroli życia obywateli przez służby – tyle że wywodzące się jeszcze z PRL i nie podlegające już kontroli państwa. Rodowód tego rodzaju firm jest powszechnie znany i nieskrywany, co potwierdzi krótkie zdanie zaczerpnięte z dokumentu pt. Analiza sektora branży ochrony w Polsce, autorstwa omawianego PZP Ochrona: „W latach 90. firmy ochroniarskie w większości zakładali byli pracownicy milicji, wojska czy służb bezpieczeństwa.” Cóż, bezpieczeństwo przede wszystkim. Mówimy o rynku wartym, wg prognozy na 2015 r., ponad 11 mld złotych.
Jest się czego bać? Zdaniem większości badanych przez Julię Skórzyńską-Ślusarek praworządni obywatele, którzy „nie mają nic do ukrycia”, nie powinni obawiać się kamer.

Badany: Jaki to jest problem, że ktoś wie, gdzie ja jestem. Ja niczego złego nie robię. Z pracy wracam do domu, czasami gdzieś wyjeżdżam. Chociaż jest też część ludzi, ale akurat ja do nich nie należę, która uważa, że po prostu jesteśmy zbyt śledzeni.


foto: Daniel Mennerich