Nie zając

Pierwszy maja. Chwała ludziom dobrej roboty, 300 procent normy, godziwa płaca za rzetelny trud i tak dalej. A tenisiści to w końcu pracownicy fizyczni. Owszem, można powiedzieć, że za tydzień biegania po korcie dostają setki tysięcy dolarów, ale czasem naprawdę trzeba się nabiegać. Pierwsza runda Wimbledonu 2010: John Isner (USA) – Nicolas Mahut (Francja) 6:4, 3:6, 6:7 (7-9), 7:6 (7-3), 70:68. Trzy dni, w tym jedenaście godzin i pięć minut czystej gry. 183 gemy. My jednak znaleźliśmy dłuższe spotkanie.

I nie mamy na myśli ani godzin, ani nawet dni. Raczej miesiące. W maju 1976 roku, do deblowego finału rozgrywanego w Rzymie turnieju Italian Open awansowali Australijczycy John Newcombe i Geoff Masters oraz para amerykańsko-meksykańska Brian Gottfried, Raul Ramirez. Mecz był zacięty: przy stanie 2:2 w setach zrobiło się ciemno. Jednak z powodu innych obowiązków piątego seta nie udało się rozegrać nazajutrz. Najbliższy wolny termin nadarzył się 15 września, czyli 108 dni później. I nie w Rzymie, ale w Houston. Dla porządku – tytuł zdobyli Gottfried i Ramirez dowodząc tytułowej tezy.

foto: Ryan McGuire,  → o Białych liniach kortu 



 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

akceptacja cookies więcej

Pliki cookies na tej stronie nie są wykorzystywane celu gromadzenia danych osobowych, umożliwiają jedynie prawidłowe działanie serwisu. Zmiana ustawień cookies jest możliwa w Państwa przeglądarce.

zamknij

autor