Gorący wiatr

Uważaj. Dziesięć minut w tym słońcu bez ochrony oznacza poparzenie – uprzedza przy powitaniu Greg. Dla niego to oczywistość, dla mnie – jako że mamy luty – bezcenna rada. Temperatura w cieniu sięga 42 stopni, niewiele mniej od miejscowego rekordu 44,3 C, jednak Greg, mój przewodnik, zdaje się tym nie przejmować. Wysokie buty, ciemne spodnie, długie rękawy koszuli i obszyty filcem z króliczej sierści kapelusz akubra, spod którego po chwili spływa strużka potu. A do południa jeszcze daleko.


Stoimy pośrodku doliny Barossa, winnego raju Australii, choć poza soczystą zielenią winorośli wszystko jest tu spłowiałe i spalone słońcem. Niektóre drzewa wyglądają jakby uschły za życia. Jesteśmy w Australii Południowej – najsuchszym stanie najsuchszego kontynentu świata. Trudno uwierzyć, że powódź pustoszy właśnie północny wschód kraju, a za kilka dni te same okolice nawiedzi kolejna klęska – cyklon. – To nie jest typowa sytuacja – mówi Sarah, która także towarzyszy mi w wyprawie.

Stan Queensland miał w tym roku wyjątkowego pecha, a o tym, że sytuacja jest wyjątkowa świadczą dodatkowe podatki nałożone na obywateli w ramach solidarności z cierpiącą północą – wyjaśnia.

Solidarności, dodajmy, nieco wymuszonej, czego efektem są protesty opodatkowanych obywateli. Na okładce ogólnokrajowego dziennika „The Australian” duży materiał ze zdjęciem młodej mieszkanki dotkniętego powodzią Brisbane, która zastanawia się dlaczego ma jeszcze płacić, skoro wcześniej tyle pomagała sąsiadom, których pokrzywdził żywioł. Powodzie nie dotyczą jednak okolic Adelajdy, gdzie jesteśmy. Problem tych okolic to jakby druga strona medalu – pożary buszu, które pustoszą okoliczne wzgórza. Nie zagrożą ponad 120 winnicom Barossy, jednak zdarza się, że ogień niebezpiecznie zbliża się do przedmieść.

Warunki mało sprzyjające, jednak to właśnie tu od połowy XIX wieku osiedlali się niemieccy luteranie, chroniący się przed prześladowaniami religijnymi i tu utworzyli winnice. Wielu z nich pochodziło ze Śląska, nazwali więc swój nowy dom Neu-Schlesien, czyli Nowym Śląskiem. Nie tylko zresztą Niemcy ukochali odległy kontynent – w tym samym czasie (1850-1880) miała także miejsce pierwsza z czterech fal polskiej emigracji do Australii; na początku XXI stulecia żyło tu blisko 60 tysięcy osób urodzonych w Polsce i ponad 150 tysięcy potomków Polaków. Ostatnia fala to lata osiemdziesiąte XX stulecia, gdy przybyły tu rodziny szukające losu lepszego niż życie w kraju demokracji ludowej. Tak jak familia Agaty z Sydney, która urodziła się jeszcze w Nowej Hucie, jednak zaraz potem wyemigrowała.

Nasza rodzina złożyła papiery w kilku ambasadach i czekaliśmy, co się stanie. My dostaliśmy wizy do Australii, a brat ojca do Niemiec – opowiada po polsku, choć powoli i z wyraźnym akcentem. I mimo że chciałaby zobaczyć Polskę (dotarła już do Niemiec, ale dalej się nie udało) to widać, że jest tu doskonale zadomowiona i czuje się w pełni u siebie. Polska jest daleko, zarówno w sensie historycznym, jak i geograficznym.

Dziewiętnastowiecznym Niemcom też spodobało się w Australii. Do tego stopnia, że pod koniec dziewiętnastego stulecia stanowili dwadzieścia procent populacji stanu Australia Południowa. Budynki starych winiarni, które mijam, noszą niemieckobrzmiące nazwy. Winnica Steingarten, na którą teraz spoglądamy, jest maleńka. Tak mała, że zbiory – które właśnie się rozpoczynają, mamy środek australijskiego lata – dokonywane są ręcznie, bowiem żadna maszyna nie zdoła wjechać w wąziutkie ścieżki między krzakami. Jednak przecież nie rozmiar jest w tym przypadku najważniejszy, na dowód czego Greg wyciąga z przenośnej lodówki butelkę miejscowego rieslinga. Pijemy szybko, bo 42 stopnie szybko ogrzewają zawartość kieliszka. Zaraz potem butelka wody, bo dziś taki dzień, że trzeba ciągle pić.

W historycznym budynku winnicy czeka już dyplomowany enolog Sam. W 1847 roku butelkowano tu pierwszy rocznik wina Jacob’s Creek, dziś jest sala degustacyjna. Przede mną osiemnaście kieliszków z osiemnastoma odmianami produktu firmy. – Najpierw spójrz na kolor, potem powąchaj, wreszcie spróbuj – poucza specjalista. Zaczynamy więc od lekkich białych win musujących (blanc de blancs, chardonnay pinot noir), by skończyć na esencjonalnych czerwonych, jak shiraz cabernet 2005. Sam mówi parę zdań o każdym. Pewnie mógłby mówić dłużej, w końcu uczył się fachu w oddalonej o siedem kilometrów szkole dla winnych speców. Dowiaduję się więc o tym, że gleby tu marne, jednak niektóre z odmian – jak najpopularniejsza shiraz – są na tyle żywotne, że słaba ziemia zupełnie im nie przeszkadza. Dalej o różnicach pomiędzy dębową beczką, a metalową kadzią, o tym jak bezskutecznie próbowano zastąpić importowaną z Francji i USA dębinę drewnem eukaliptusowym i jaka wyszła z tego katastrofa, wreszcie dowiaduję się, że za suchość na języku po wypiciu czerwonego wytrawnego wina odpowiadają taniny. Wiedza sama wchodzi do głowy. A wniosek jest jeden: historia zatoczyła tu koło, bo produkty winnic założonych w Australii przez europejskich imigrantów podbijają dziś Europę. Roczna produkcja najpopularniejszej odmiany zrobionej ze szczepów shiraz i cabernet sięga 12 milionów litrów.

Jeszcze rzut oka na zabytkowe piwnice, gdzie odpoczywają wiekowe stojaki do butelek i prasy do winogron, a na koniec informacja, że przy odrobinie nieszczęścia mogę się tu natknąć się drugiego najbardziej jadowitego węża na świecie. To tajpan nadbrzeżny, który ustępuje pola tylko kuzynowi, tajpanowi pustynnemu (ten ostatni, jak nazwa wskazuje, zamieszkuje pustynne tereny Australii). Jednak oba gatunki są raczej płochliwe, a dzięki surowicom do zejść dochodzi rzadko. O tym, że rzucona mimochodem wiadomość o tajpanie nie była próbą odstraszenia gościa z dalekiej Europy przekonuję się po chwili, podczas obiadu, bowiem gospodarze spełniają moją zachciankę i oprócz legendarnej australijskiej jagnięciny podają również kangura. Mięso nie ma bardzo wyraźnego smaku, przypomina nieco wołowinę, choć jest nieco ciemniejsze. – Jest bardzo chude i trzeba je podawać krwiste, w przeciwnym razie stałoby się twarde – wyjaśniają gospodarze, ucieszeni zachwytem jedzącego.

Po powrocie z Barossy Adelajda wita typowo australijskim brakiem pośpiechu. Miasto – jak twierdzi mieszkająca tu Sarah – jest dość prowincjonalne, zwłaszcza w porównaniu do nastawionego na turystów Melbourne, w którym zatrzymałem się wcześniej. Szybko okazuje się, że najpopularniejszym sposobem na spędzenie popołudnia jest tu plażowanie. Jedyny tutejszy tramwaj łączy centrum miasta z Glenelg, nadmorskim minikurortem pełnym pubów, knajpek i życia. – „Glenelg” – widzisz? W obie strony czyta się tak samo – mówi donośnym głosem Dmitri, grecki taksówkarz, a przedtem marynarz. – Byłem w Szczecinie – oznajmia na wieść o moim pochodzeniu. Podczas dwudziestominutowej jazdy dowiaduję się między innymi, że Dmitri ma sporo zastrzeżeń do Australijczyków, jednak najbardziej drażni go ich przekonanie o znajomości świata. – Wszystko wiedzą, wszystko, a w życiu się stąd nie ruszyli. Zupełnie jak moja matka, też wiedziała najlepiej, chociaż w życiu nie opuściła Grecji – niemal krzyczy mi do ucha. Nie dyskutuję, bo w kwestii matki Dmitri jest tu jedynym ekspertem, choć mam sporo wątpliwości, kiedy odradza jazdę tutejszym tramwajem.

Niebezpiecznie, lepiej zadzwoń po Greka, jak będziesz wracał – mówi. Ja jednak swoje wiem – choć Adelajda to może nie superbezpieczne Melbourne, to jednak nic mi nie grozi. Wrócę tramwajem.

Jedzenie, wino i wakacyjna atmosfera sprawiają, że czas płynie szybko i wkrótce po rozpoczęciu wieczór w Glenelg zbliża się do końca. Jeszcze miejscowy standupper próbuje rozbawić grupkę widzów swoimi żartami i akrobacjami niskiego lotu. Jeszcze na końcu molo stoją wędkarze zawiedzeni marnym połowem. Kiedy przystaję przy łowiących, jedna z dwóch dziewczyn szukających wrażeń pyta zaczepnie, czy ryby dziś biorą. Już północ, a wiejący do morza wiatr wciąż jest gorący – nie ma nic wspólnego z orzeźwiającą bryzą.


foto autora